Stary autobus nigdzie się nie spieszył. Gorące słońce grzało jego łuszczące się boki. I powoli, ze zmęczeniem toczył się po ulicach miasta. Pasażerowie obezwładnieni upałem również nie spieszyli się.
Zofia zostawiła samochód na parkingu przed hotelem i udała się do podróży po mieście. Zawsze tak robiła w wolnym czasie. Zostawiła samochód, wsiadła do autobusu lub tramwaju i jeździła po mieście, do którego przyjechała w podróż służbową.
W pobliżu jednego z przystanków autobus westchnął ciężko, zgrzytnął, a kierowca w skrzypiący mikrofon oznajmił: „Autobus dalej nie jedzie. Zepsuł się”.
Pasażerowie byli pełni oburzenia, a Zofia poszła do kierowcy, aby zapytać, jak wydostać się z nieznanej ulicy.
– Jestem tutaj pierwszy raz, proszę mi powiedzieć jak się stąd dostać do centrum.
– Zofia?!
– Artur?!
Z niegdyś pięknego, posągowego chłopca Artur zamienił się w głupiego mężczyznę. Włosy trochę posiwiały, a oczy stały się zimne.
Oboje czuli się niezręcznie.
– Nadal jesteś urażona? – przerwał milczenie mężczyzna.
– To nie ja kilka dni do ślubu uciekłam. Chociaż dobrze, że tak się stało. Ale wtedy bolało. Chciałam zapaść się pod ziemię ze wstydu i ludzkich plotek.
– Życie mnie też nie głaszcze po głowie. Może za Ciebie. Jedna córka jest niepełnosprawna. Żona pracuje w domu. Szyje, gdy tylko jest to możliwe. A ja jeżdżę autobusem. Po pracy w garażu śrubki do cudzych samochodów skręcam. Dobrze wyglądasz. Pewnie dobrze żyjesz.
– Mam wszystko potrzebne do szczęścia: wspaniałą rodzinę, dobrą pracę.
Zofia chciała uciec od mężczyzny, tak jak on zrobił to kiedyś.
Artura i Zosię wieś dzielił staw. Ludzie często, zamiast nazwy wsi, mówili: „trzeba iść na tę stronę stawu” lub „wziął żonę z tamtej strony stawu”.
Wszyscy spostrzegali Artura i Zosię jako dobrą parę. Chłopak chciał nawet pójść na studia, śladem swojej ukochanej. Pewnego dnia rozeszły się jednak plotki, że mężczyzna ma na boku inną kobietę.
Do ślubu pozostało niewiele czasu. Gospodynie mprzygotowywały powoli potrawy na wesele, a gospodarze urządzali miejsce na wesele. Pewnego dnia w pobliżu wiejskiego sklepu zatrzymał się samochód osobowy. Z samochodu wyszła nieznana kobieta. Na ławce siedziało kilka lokalnych plotkarek, to samo u nich zapytała:
-Artur Kowalski tutaj mieszka?
– Tutaj – zakuwały się razem głowami kobiety. – Kim pani jest?
– Przyszłą teściową.
Oczy plotkarek zaokrągliły się jak spodki.
– Może Pani nie tego Artura szuka. Nasz wkrótce będzie miał inną teściową. Ślub lada moment.
– Lidka, wyjdź z samochodu! – zawołała nieznajoma.
Ze starego samochodu ledwo wydostała się ciężarna dziewczyna.
– Tutaj! Ósmy miesiąc nosi dziecko Artura.
-Na pewno to nie prawda, Artur od liceum ma inna dziewczynę.
– A co, ta dziewczyna też jest w ciąży?
– Nie! – chórem odpowiedziały kobiety.
– No i dobrze-westchnęła z ulgą nieznajoma. – Znajdzie sobie dziewczyna innego faceta. Wsiadaj, Lidka, do samochodu. Spotkajmy się z jego rodzicami. Gdzie jest ich dom?
Wieść o nieznajomej obleciała obie wsie. Zosia i jej rodzina nie wierzyli w to nieszczęście.
– Roman, weź samochód i jedź do Artura – matka spieszyła męża. – Może ktoś coś pomieszał. Albo wpuścił pogawędkę. Co za zamieszanie przed samym ślubem!
Na dziedzińcu rodziców chłopaka stał obcy samochód. A zza sąsiednich wiklinek zerkały wścibskie oczy.
Roman wszedł do domu. Zobaczył nieznajomego mężczyznę, kobietę i ciężarną dziewczynę. Zrozumiał, że nikt niczego nie pomieszał. Zapytał jednak:
– Artur, czy to prawda?
– Ślubu nie będzie. Powiedz to Zośce.
Roman odwrócił się i odszedł.
– Twoja córka jeszcze znajdzie lepszego mężczyznę-krzyczała w nocy nieznajoma kobieta.
Gospodarze demontowali niedokończone szałasy. Gospodynie liczyły straty. Na Zosię we wsi patrzyli z żalem i szeptali za plecami. Artur z ciężarną Lidką i jej rodzicami wyjechali do miasta.
Niebo wstrząsnęło dojrzałymi gwiazdami w gorące dłonie lata. Wieczór pachniał skoszonymi trawami. Zofia siedziała nad brzegiem stawu – dziś miał być jej ślub. Dziś miała być najszczęśliwsza na ziemi. Dziś jest niewyobrażalnie zraniona. Jakby jakaś niewidzialna siła wzięła dziewczynę za rękę i poprowadziła do wody. Chłód dotknął stóp i duszy.
– Córeczko! – krzyk ojca Zofii zaburzył cichy wieczór i cały świat. Roman wskoczył w kapciach do wody.
– Co ty chcesz zrobić?
– Tatuaż?
– Dobrze, że poszedłem za tobą. Nie waż się brać grzechu na duszę. Artur nie zasługuje na to.
– Nie mów nic mamie.- poprosiła cicho Zosia.
Dziecko Artura urodziło się chore. Lidka z córką często trafiała do szpitala. W końcu obie rodziny zrzuciły się i kupiły małżeństwu mieszkanie w jednym z osiedli, niedaleko od kliniki. Obawiano porodu drugiego dziecka.
Zofia po ukończeniu studiów znalazła pracę w biurze podróży. Tam spotkała Olka. Teraz mają własny biznes turystyczny, dwóch synów ,szczęście i dobrobyt w rodzinie.
– Zosia, na jak długo tu przyjechałaś?
– Na dwa dni.
-Może byśmy się później gdzieś spotkali?
-Po co? Wszystko między nami skończone.
-W pobliżu znajduje się mała knajpa. Możemy teraz wyjść. Autobus i tak dalej nie pojedzie.
-Myślę, że lepiej będzie, jeśli się teraz pożegnamy. Którędy do następnego przystanku?
– Skręć w lewo. Tam jeżdżą autobusy z przystanku obok sklepu.
-Dziękuję. Bądź szczęśliwy.
Zofia uśmiechnęła się, machnęła ręką jak dziewczynka, zeskoczyła z podnóżka autobusu i skręciła w lewo.
Nie rozpamiętywała już dawnych czasów i cieszyła się własnym szczęściem…



