Szczęśliwe znalezisko.

Był późny listopadowy wieczór. Wracałam do domu od przyjaciółki i tęskniłam za tym, by wtulić się w ciepły koc i odebrać Tymka (mojego brytyjskiego kota). Tuż za podjazdem słyszę skrzypienie huśtawki na placu zabaw.

Kiedy się rozejrzałem, zobaczyłam małego chłopca w wieku około czterech lat. Siedział na huśtawce, a w ręku trzymał misia, mokrego i poszarpanego.

„Boże, co ten mały chłopak robi sam na placu zabaw o tak późnej porze” – pomyślałam sobie.

Gdy zbliżyłam się do dzieciaka, zobaczyłam, że siedzi w samych spodenkach i koszulce.

– Gdzie są Twoi rodzice, kochanie? – zapytałam chłopca. Dziecko podciągnęło nosem i cicho zapłakało. Spojrzałam na niego zdezorientowana, nie wiedząc co zrobić. Wokół nie było ani żywej duszy. Postanowiłam, że na razie wezmę dziecko ze sobą.

W domu wytarłam go do sucha i przebrałam w piżamę.

– Jak masz na imię, kochanie? – zapytałam go. Dziecko długo na mnie patrzyło.

– Szymek – powiedziało dziecko.

Dałam Szymkowi trochę herbaty i położyłam go do łóżka. Tymek podszedł do niego, polizał go po twarzy i położył się obok. Widziałam wiele małych siniaków na rękach dziecka, a jego ubranko było brudne i podarte. Stało się jasne, że dziecko pochodziło z niezamożnej rodziny.

Rano zadzwoniłam na policję i poinformowałem ich o moim nocnym znalezisku. Pół godziny później przyszedł nasz dzielnicowy, mężczyzna spisał moje zeznania. Następnie zadzwoniłam do opieki społecznej i czekałam na ich wizytę.

Szymek właśnie się obudził. Na widok policjanta rozpłakał się przestraszony i wyciągnął do mnie rękę. Wzięłam dziecko do siebie. Skulił się przy mnie i zaczął drżeć ze strachu. Czułam, że dziecko ma gorączkę i powiedziałam policjantowi, żeby wezwał karetkę.

Karetka i pracownicy socjalni przyjechali w tym samym czasie, lekarz wysłuchał Szymka i powiedział, że chłopiec powinien być hospitalizowany. Są podejrzenia o zapalenie płuc.

Przebrałam dziecko w ubrania, które wyprałam wczoraj wieczorem. Zawinęłam go w pelerynkę i przekazałam lekarzowi. Szymek złapał mnie rękami za szyję i zaczął płakać, prosił, żeby go nie oddawać.

Moje serce rozdzierało się i z trudem powstrzymywałam łzy. Obiecałam mu, że na pewno odwiedzę go w szpitalu. Kiedy wszyscy wyszli, poczułam się bardzo smutna i samotna. Usiadłam na łóżku i płakałam.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mnie, jako młodej i zdrowej kobiecie, Bóg nie dał poznać radości macierzyństwa, dlaczego ktoś wyrzuca swoje dzieci na ulicę jako niepotrzebne rzeczy.

Nagle mój wzrok padł na kaloryfer – suszył się tam niedźwiedź Szymka. Wczoraj też go wyprałam i miałam zamiar rano go zszyć, ale zapomniałam o tym. Przygotowałam się i poszłam do sklepu. Musiałam kupić Szymkowi trochę ubrań i witamin.

Szymek leżał na szpitalnym łóżku i wyglądał przez okno. Wszystkie dzieci na oddziale szpitalnym były z matkami, a on był jedyny sam.

– Przyszłaś do mnie! – krzyknął podekscytowany dzieciak i rzucił mi się na szyję. Wyciągnęłam z torby jego ulubionego misia, pomarańcze, ciasteczka i cukierki. Oczy dziecka błyszczały szczęściem. Skubał ciasteczka i nie puszczał mojej ręki, jakby bojąc się, że gdzieś zniknę.

Codziennie odwiedzałam chłopca. Szymek czekał na mnie przy oknie, a widząc mnie, wesoło pomachał. Jego matka została natychmiast odnaleziona. To 32-letnia alkoholiczka, która niejednokrotnie była pozbawiana praw rodzicielskich.

Pewnego dnia, kiedy poszłam do sali Szymka, zobaczyłam, że na jego łóżku leży inne dziecko. Wybiegłam na korytarz, znalazłam lekarza i zapytałam, gdzie się podział mój Szymek.

– Nie martw się, Szymek wyzdrowiał i zabrali go do domu dziecka – powiedział lekarz i sam odszedł. Torbę z jedzeniem zostawiłam w szpitalu i skazana byłam na pieszą wędrówkę do domu.

Minął tydzień, a ja nadal nie mogłam zapomnieć o moim znalezisku, ciągle myślałam o Szymku. Poszłam do dzielnicowego na ulicy.

– Witam, czy wie pan coś o Szymku? Jak on się ma, jak się czuje? – głos mi zdradziecko zadrżał.

– Witaj. Z tego co wiem, dziecko ma się dobrze. Możesz odwiedzić je osobiście. Dyrektor domu dziecka jest człowiekiem światowym. Myślę, że nie odmówi Ci spotkania z nim – uśmiechnął się policjant i uścisnął mi dłoń.

Bez chwili wahania poszłam do sklepu, kupiłam słodycze i piękny plastikowy samochód. Za pół godziny stałam już pod bramą domu dziecka.

Strażnik przepuścił mnie do dyrektora, a ten okazał się naprawdę wielkim człowiekiem. Podziękował mi za uratowanie dziecka i pozwolił odwiedzić Szymka.

Jeśli chcę zabrać chłopca na weekend, to muszę przygotować jakieś dokumenty. Byłam zachwycona i ze łzami w oczach podziękowałam mu za pomoc.

– To Ty! Zapomniałaś o mnie? – dziecko objęło mnie swoimi ciepłymi ramionami i przytuliło się do mnie.

– Gdzie jest Tymek? Chcę iść do niego – zapytał mnie i spojrzał na mnie z nadzieją.

– Nie martw się kochanie, w ten weekend, już za dwa dni, jedziemy do Tymka – powiedziałam.

– Nie chcę go odwiedzać, chcę mieszkać w jego domu – smucił się Szymek i przylgnął do mnie jeszcze mocniej.

Minęło 12 lat. Dziś jest dzień ukończenia szkoły przez mojego ukochanego syna. Jestem bardzo dumna z mojego Szymona. Ukończył szkołę ze świadectwem z paskiem i ma wielkie plany na przyszłość.

12 lat temu nie było to dla mnie łatwe. Myślałam, że nigdy nie uda mi się przejść przez proces adopcji. Ale dzięki pomocy dyrektora udało mi się to przetrwać. Od tego dnia moje życie zmieniło się diametralnie: mam rodzinę, choć niewielką – ja, Szymek i kot Tymek. Ale najszczęśliwszą i najbardziej przyjazną.

Nadal spali razem, puchaty Tymek, przytulony do Szymka. Kotek od razu zakochał się w nim, od pierwszego wejrzenia. Patrzyłam na nich i ze łzami w oczach myślałam: „Jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia!”.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + 15 =

Szczęśliwe znalezisko.