Późna miłość.

Wioletta stała przy oknie i czekała na dzwonek do drzwi. Wiedziała, że Artur ma ją dzisiaj odwiedzić. Od pół roku ten młody człowiek pomagał jej pisać na komputerze monografię na prośbę prorektora, a teraz praca była skończona. Wczoraj na jej biurku leżały pięknie oprawione książki, które przywiozła z wydawnictwa. Wydawało się, że jako autorka powinna być zachwycona.

Ale Wioletta nie była zadowolona, bo teraz Artur nie miał powodu, żeby ją odwiedzać, a przez ten czas zdążyła się do niego przywiązać.
Książka została wydana z okazji jubileuszu kobiety – 80 lat. Ale nawet w tym wieku zachowała inteligencję, pamięć i chęć do pracy. Wyglądała dostojnie w podeszłym wieku, mimo zmarszczek i pokrzywionych palców rąk.

Palce połamał jej śledczy, który w odległym 1940 r. próbował wydobyć zeznania od młodej studentki wydziału filologicznego.
Nie rozumiała wtedy, co się stało, dlaczego została aresztowana i dlaczego postawiono jej tak absurdalne zarzuty.
Jeszcze w szkole była gorliwą wyznawczynią ideałów rządu. Chciała być nauczycielką, więc zapisała się na studia filologiczne. W czasie studiów poznała Władysława, zakochała się w nim i postanowili wziąć ślub z myślą o ukończeniu studiów z wyróżnieniem i wyjeździe za granicę.

Szczęśliwa dziewczyna biegała po uniwersyteckich korytarzach i czekała na ślub, nie zdając sobie sprawy, że jej przyjaciółka Zofia również zadurzyła się we Władysławie. Dręczona zazdrością i zawiścią Zofia nie wpadła na nic lepszego niż donos, oskarżając ją o wszelkie najcięższe rzeczy.

Młoda studentka Wioletta została aresztowana w grudniu 1940 roku. To podzieliło jej życie na dwie połowy: przed i po.
Ale ta straszna męka nie złamała jej, choć nie lubiła wspominać swoich przeżyć. Głęboka wiara w Boga dodawała jej sił.
Powrót do kraju zbiegł się w czasie z rehabilitacją „więźniów politycznych”. Dziewczyna miała szczęście: wystąpiła o ponowne rozpatrzenie jej sprawy i została uniewinniona. Pozwolono jej zostać w kraju, ukończyć studia, a nawet obronić pracę doktorską.

Wybaczyła Zofii, przyjmując to jako wolę Bożą.
Jej Władysław wyjechał na front w lipcu 1941 r. i zmarł trzy miesiące później. Zofia i cała jej rodzina umarła z głodu podczas mroźnej zimy. Rodzice Wioletty również nie przeżyli, a jej brat zaginął w 1943 roku.
Wioletta zdawała sobie sprawę, że aresztowanie było jej wybawieniem, bo gdyby pozostała w kraju, najprawdopodobniej już dawno odeszłaby z tego świata.
I tak żyła, choć samotnie i z trudem, to żyła. Mogła pisać, pracować i uczyć studentów.

Lata mijały, zmieniały się pokolenia młodych ludzi w uniwersyteckich salach wykładowych, więcej mówiło się o prawach człowieka, wolności i sprawiedliwości.
A potem nastąpił rozpad polityczny i życie większości ludzi uległo zmianie.

Ale dla Wioletty nic się nie zmieniło. Nadal mieszkała w swoim komunalnym mieszkaniu i prowadziła wykłady na uczelni.
Jej czas się kończył i ona o tym wiedziała. Bała się emerytury i czuła, że młodzi, obiecujący nauczyciele czekają na jej odejście.

Domyślała się, że jubileusz i wydanie monografii to prawdopodobnie ostatnie sukcesy na jej zawodowej drodze.
Musiała odejść. A odejście było przerażające.
I wtedy jej serce przeszyła spóźniona miłość do młodego podyplomowego studenta, który był na tyle młody, że nie mógł być nawet jej wnukiem.

To się zdarza, prawda? Wydawałoby się, że dusza nie chciała odejść z tego świata, zanim nie zakocha się tak głęboko i mocno, że mogłaby oddać życie!

W drzwiach rozległy się dwa dzwonki, Wioletta zadrżała, zdając sobie sprawę, że to do niej.
Artur pojawił się na progu jej pokoju z bukietem i pudełkiem czekoladek.

– Wioletto, gratulacje, wiem, że książka się ukazała, ale jeszcze jej nie widziałam!

Potem wypili herbatę i jak zwykle długo rozmawiali.

Kobieta zachwyciła Artura swoją wewnętrzną wytrwałością, siłą przekonań i oddaniem pracy. Nigdy w życiu nie spotkał nikogo takiego jak ona, więc starał się ją poznać, zrozumieć o czym myśli, czym się pasjonuje. Na swój sposób był w niej nawet zakochany.

– To jest to, moja książka jest wydana, czas oddać honory – żartobliwie oświadczyła Wioletta.

– Jak to? – Artur był zaskoczony. – Czy naprawdę chcesz przejść na emeryturę?

– Trzeba ustąpić miejsca młodym, więc prowadź moje seminaria. W końcu za rok będziesz na 3 roku, a potem już nie długo będzie obrona.

– Dziękuję, ale nie powinnaś jeszcze odchodzić.

– No cóż – mruknęła Wioletta. – Każdy z nas odchodzi w swoim czasie. Miałam szczęście, że dożyłam sędziwego wieku. Starość jest rodzajem nagrody od Boga, stajesz się mądrzejszy, zdajesz sobie sprawę, jak drogie jest życie.

– Nie chcę dożyć starości – wyznał Artur. – To mnie przeraża. I śmierć też mnie przeraża. Och, chciałabym móc wypić eliksir młodości w wieku czterdziestu lat! I to by było na tyle!

– Żartujesz? Też chcę eliksir. Dusza się nie starzeje, ale śmierć… Jest to spotkanie z Bogiem, z ludźmi, którzy już tam byli. Chciałabym zobaczyć tych, na których mi zależy.

– Czy wierzysz w to?

– Jak mogłabym nie wierzyć? Wiara dała mi siłę do życia przez wiele lat. Zrozumiesz to później. Odejdę i będę Was obserwowała z chmur, jak bronicie swoich tez, jak zakładacie rodziny, jak rodzą się wasze dzieci.

Artur potrząsnął głową.

– Lepiej żyj długo, chcę Cię zaprosić na moją obronę!

– Dobrze – uśmiechnęła się Wioletta.

Artur wyszedł, a ona długo stała przy oknie, najpierw widząc jego sylwetkę w wieczornym mroku, a potem już tylko wpatrując się w kontury zaciemnionych domów.
Potem podeszła do ikony i modliła się żarliwie. Za Artura, żeby wszystko w jego życiu dobrze się ułożyło, za innych studentów i kolegów, za zmarłych rodziców i brata, za wszystkich, którzy zginęli w czasie wojny, za wszystkich zmarłych i żyjących, za kraj, który z konieczności musi zachować się w wirze historycznie trudnych czasów.

Pomodliwszy się i wypłakawszy wystarczająco dużo, zasnęła spokojnie.

Następnego dnia jej przyjaciel wpadł do małego biura Artura w dziale wydawniczym (na uniwersytecie pracował jako redaktor, a nie wykładowca).

– Cześć, wiesz, że Wioletta zmarła?! Pomogłeś jej napisać książkę! Właśnie dzwonili sąsiedzi.

Arturowi zrobiło się zimno na duszy. Był bardzo związany z kobietą. Chciał zapłakać jak dziecko, ale płakać przy profesorze nie wolno było.

Cofnął się do okna i przez estakady domów zobaczył szare niebo.

I wtedy, pośród mroku, przebił się cienki promień słońca, natychmiast znikając za chmurami.

Artur pomyślał, że może Wioletta miała rację, obiecując mu, że stamtąd przypomni o sobie.
Może, rzeczywiście, coś tam jest i kiedyś się spotkają?

Ale jak długo to potrwa…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 + dziesięć =

Późna miłość.