Historia, która dziś mi się przydarzyła poruszyła mnie do tego stopnia, że nie mogę o niej zapomnieć. Dlatego właśnie postanowiłam ją tu opowiedzieć. Mam nadzieję, że Was również skłoni ona do przemyśleń, a być może nawet odmieni czyjeś życie.
Bez wątpienia ubóstwo jest ogromnym problemem spotykanym w niemal każdym ze społeczeństw. Szczególnie dramatyczny obraz przybiera ono jednak gdy, tak jak w tym przypadku, dotyczy tak niewinny istot jak dzieci. Nie proszą się o takie życie, dostają je niemal w spadku od swoich najbliższych – rodziców. Serce krwawi na samą myśl o nich.
Moja opowieść rozpoczyna się w momencie gdy na poczekalnię dworca na którym czekałam na pociąg wchodzi mały chłopiec – siedmio lub ośmioletni. Ma na sobie starą, poniszczoną i za dużą na niego kurtkę, cienkie i wyraźnie nie pasujące do panującej zimy buty, a z ramienia zwisa mu przetarty, niebieski plecak. W rękach ma kilka prostokątnych przedmiotów. Podchodzi z nimi do mijanych osób z cichym pytaniem:
– Dzień dobry, może chciałby Pan zobaczyć moje okładki na dokumenty? Mam kilka na sprzedaż, robimy je sami w domu. – głos chłopca wyraźnie drży
W końcu malec podszedł także do mnie z podobnym pytaniem. Dopiero wtedy mogłam przyjrzeć się bliżej przedmiotom, które próbował sprzedać. Okazało się, że są to własnoręcznie wykonane, materiałowe oładki na dokumenty, ozdobione zdjęciami wyciętymi, prawdopodobnie, z kolorowych gazet. Byłam zaskoczona tym, jak ładnie się one prezentowały mimo użycia tanich materiałów. Osoba, która je szyła musiała być naprawdę utalentowana krawiecko. Widać, że ktoś włożył w ich wykonanie mnóstwo pracy.
Postanowiłam chwilę porozmawiać z tym tajemniczym chłopcem. Okazało się, że jego i jego młodszą siostrę Klarę wychowuje samotnie mama. Mają teraz poważne problemy finansowe, brakuje nawet na jedzenie. Okładki na dokumenty, które sprzedawał chłopiec wykonywali wspólnie całą rodziną gdyż one zapewniały im dodatkowe pieniądze.
Chciałabym odpowiednio wyrazić co właściwie poczułam słuchając tej historii ale nie potrafię. Niesamowicie wzruszyła mnie historia tego kilkulatka i jego pracowitej rodziny, która starała się utrzymać na powierzchni życia. Wielu z nas pewnie pomyślałoby, że to jakieś oszustwo. Sama też z początku uległam takim myślom. Nie wyglądało to jednak na żebranie czy wyłudzenie z jakim możemy często się spotkać na ulicach miast. Ta rodzina sama tworzyła coś własnoręcznie by sprzedając to móc zarobić. Nie liczyli na łut szczęścia czy czyjąś pomoc. Chcieli zapracować na swoje wyjście z ubóstwa i ciężkiej, życiowej sytuacji jaka ich dopadła.
Ta sytuacja skłoniła mnie do wielu przemyśleń nad kondycją naszego społeczeństwa. Jak źle i biednie musi być w domu gdy do pracy wysyła się najmłodszych? Jak to się stało, że samotna matka nie ma innego wyjścia i jest zmuszona do takich kroków żeby wyżywić siebie i swoje dzieci? Gdzie w takich sytuacjach są inni ludzi, jej bliscy lub służby społeczne, które powinny dbać o najuboższych? Dlaczego tamta kobieta pozostawiona jest sama sobie? Jak wiele podobnych przykładów możemy spotkać w swoim sąsiedztwie czy każdego dnia na ulicy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy?
Jak to możliwe, że w naszym kraju, pełnym ludzi utalentowanych i dobrze wykształconych zmusza się takie osoby do prac poniżej ich kwalifikacji? Nie jestem w stanie tego pojąć.
Ten tekst jest luźnym strumieniem przemyśleń, które mnie dziś zalały. Chciałabym pozostawić Was z myślą o tym, by kolejnym razem zaczepi Was jakieś dziecko lub dorosły np. sprzedające okładki na dokumenty zastanowić się nad tym czy tym razem mu nie pomóc kupując sprzedawany produkt. Co jeśli właśnie to pięć czy dziesięć złotych, które pozwolimy mu zarobić, może dziś uratować je i jego rodzinę od głodu?




