Kiedy miałam 15 lat, moja siostra pracowała w letnim przedszkolu na wsi.
To nie była trudna praca: trzy razy dziennie myła naczynia i podłogi w jadalni, gdzie jadły dzieci, i raz w sypialni.
Po ukończeniu pierwszej klasy cierpiałam na bezczynność w domu. Kiedy więc moja siostra zaproponowała, że mnie zabierze, chętnie się zgodziłam.
Pierwszy tydzień minął bez przygód. Miałyśmy grupę wspaniałych dzieci w wieku 4-5 lat. Ale z nauczycielką nie dogadałam się od razu.
Była to kobieta o surowym wyglądzie, około 60 lat, z małymi ciemnymi oczami i czarnymi brwiami. Nazywała się Elżbieta. Od razu nie polubiła mojej siostry, która również miała na imię Ela.
Nauczycielka wciąż na nią narzekała: a to, że raz zostawiła niedokończone zamiatanie, a to, że na listwie był kurz, podłoga w sypialni była za wilgotna i że powinna mocniej wyciskać ścierki.
Im bardziej się Ela starała, tym bardziej Elżbiecie coś nie pasowało. Podświadomie trzymałam się od niej z daleka.
Tydzień później moja siostra zachorowała. Nagle zakręciło jej się w głowie i nogi zrobiły się słabe. To się stało po kolacji. Dyżurka pielęgniarek była już zamknięta.
– To nic, to minie – powiedziała siostra słabym głosem. – To pewnie przez ten upał. Mopuj podłogę, jeśli możesz.
Odwracając dziecięce krzesełka na stole, zobaczyłam na miejscu, gdzie siedziała Ela, kawałek czerstwego, pokrytego pleśnią chleba.
– Ela, słuchaj, skąd to się wzięło? Codziennie sprzątamy, jak mogłaś tego nie zauważyć?
– Może dzieci przyniosły? – machnęła ręką i kazała mi to wyrzucić.
Wieczorem opowiedziałam wszystko dziewczynom, które mieszkały w sąsiednim pokoju naszego mieszkania.
– Elżbieta jest przerażająca – powiedziała najstarsza Olga.
– To czarownica – kontynuowała, siejąc postrach. – Z jej powodu z przedszkola odeszły już trzy nauczycielki i dwie pielęgniarki. Nie lubi Eli, wiec to jej sprawka.
Nikt nie wierzył w te bzdury. Ale w mojej głowie zadomowił się strach.
Następnego dnia przy śniadaniu i obiedzie nic się nie działo. Po kolacji, kiedy zostałyśmy same, Ela poprosiła mnie, żebyśmy zajrzały pod krzesło.
Na tym samym miejscu leżał spleśniały suchar, nieco mniejszy niż wczoraj. Zadrżałyśmy! W pośpiechu umyłyśmy wszystko i pobiegłyśmy do dziewczyn.
Nasza historia przeraziła je na śmierć.
– Dość marudzenia, dziewczyny – rozkazała Olga. – Jutro po kolacji zajrzyj pod krzesło. Jeśli znowu będą okruchy chleba, włóż je w serwetkę i zanieś do kierownika.
To już postanowione.
Następny dzień minął jak przez mgłę.
Pod wieczór zrobiło się chłodniej. Nad niebem zawisły ciemne chmury. Zaczęła się burza. Całe niebo świeciło i dudniło.
Elżbieta z dziećmi wbiegła do stołówki. Wyglądała dziwnie. Jej twarz wykrzywiła się, źrenice rozszerzyły. Krzyczała na dzieci i marudziła. Odmówiła kolacji. Po raz pierwszy nie dała ani jednej uwagi.
Kiedy wszyscy wyszli, zajrzałam pod krzesło. Była tam czarno-zielona skórka od chleba.
Zawinęłam ją w serwetkę i pobiegłam do szefa.
Słuchał cicho i nie wydawał się być zaskoczony.
– Dobra robota, dziewczyno. Wszystko zrobiłaś dobrze. Pokaż mi, co przyniosłaś.
Zerknął na resztki chleba, rzucił na metalową tacę i podpalił. Prochy zakopał za budynkiem. Szepnął coś przy tym.
Tej nocy po raz pierwszy spałyśmy spokojnie.
Następnego dnia rano przyszłyśmy na śniadanie. W jadalni nie było nikogo. Czekałyśmy około 20 minut, wreszcie przy drzwiach rozległy się głosy dzieci.
– Dzień dobry, dziewczyny – powiedziała Olga niskim głosem i mrugnęła wesoło.
Elżbieta poprzedniego wieczoru miała atak serca. Została zabrana karetką pogotowia.
Od tamtej pory nigdy więcej o niej nie słyszałyśmy.



