– Z przykrością informuję, że pańskie usługi nie są już nam potrzebne. Pieniądze może Pan uzyskać w dziale księgowości w ciągu trzech dni.
Naczelnik wydziału sumiennie odwrócił wzrok, by nie dało się w nim dostrzec braku jakiegokolwiek żalu.
Wacław był oszołomiony. Co z jego przytulnym miejscem w kącie przy kaloryferze? A jego klienci? A sekretarka Ania, jego promyczek w ponure dni? To musi być jakaś pomyłka. Tylko raz nie zrealizował planu kwartalnego i już go nie ma?!
– Wacławie, do widzenia.
Na zewnątrz kwiecień szumiał głosami tramwajów, ptaków i karetek, a w życiu Wacława wszystko na moment się zatrzymało.
– Hej, młody, daj mi dychę na kaca!
Obok pojawił się mężczyzna w brudnej koszulce z logo jakiegoś piłkarskiego klubu. Wacław ze zirytowania jęknął i już chciał odejść, gdy z torby mężczyzny wyjrzała twarz kota.
– Kup kota, co? – jęknął mężczyzna. – Wyciągnąłem go dzisiaj z kontenera.
– Nie ma mowy. Weź pieniądze i daj mi spokój – i Wacław sięgnął do kieszeni po banknot, który wcześniej zamierzał wydać na obiad.
– To już Twój kot – jęknął mężczyzna.
Wacław sam nie rozumiał, w jaki sposób chude, ciepłe ciało kota przeniosło się do jego kieszeni. Maszerował na przystanek, omijając kałuże i ospale licząc zapasy gotówki sprzed finansowego załamania. Ach, i był jeszcze kot.
– Jestem głodny – usłyszał nagle ochrypły głos. – Sto gramów suchej karmy i będę szczęśliwy.
Wacław potrząsnął głową, by znaleźć źródło głosu. Ale nie było czego szukać, głos wydobywał się od kota, który zielonymi oczyma wpatrywał się wprost na niego…
– W mojej rodzinie było wielu wróżbitów – powiedział z dumą kot. – Maciej, przyjemność po mojej stronie. Możesz nazywać mnie Maciuś. Przynoszę szczęście, udzielam porad i uzdrawiam aury psychiczne. Najważniejsze to nie dotykać moich jaj, bo można sprowadzić na siebie karmę.
Wacław usiadł na ławce autobusu i podrapał się po czole i pomyślał „Ciekawe, jak zaczyna się schizofrenia?”.
– Zacznę od pierwszej wskazówki – powiedział Maciej, delikatnie dotykając łapą Wacława. – Weźmy coś do jedzenia, chodźmy do domu. Czy masz dom? Jutro załatwimy mi kuwetę, dziś mogę sikać do kwiatków.
– Ja mam tylko kaktusa – odpowiedział Wacław mechanicznie. – Mieszkanie jest wynajęte.
Kot zmarszczył brwi.
– Nic dziwnego, że Twoje życie jest w rozsypce. Powinieneś mieć fikusa albo palmę w dużej donicy.
– Skoro jesteś taki mądry, to dlaczego byłeś w śmietniku?
– Mój właściciel wyjechał do innego miasta – westchnął kot. – Widzisz, nie ma nikogo, kto by się opiekował dziećmi, wyrzucono mnie na ulicę.
– Więc Twoje szczęście nie zadziałało?
– Szczęście zgasło – westchnął znowu kot. – Muszę teraz zająć się Twoim losem.
Kot przyjrzał się kątom mieszkania Wacława i podejrzliwie obwąchał kaktus.
– Zmienimy mieszkanie – powiedział stanowczo. – To miejsce jest obrzydliwe. Nawet kaktus usycha.
– Nie zapominaj, że jestem bezrobotny – przypomniał mu Wacław. – A właściciele wymagają obowiązkowej kaucji.
– Załatwimy Ci pracę. W tej chwili.
I kot wskoczył na stół, do laptopa.
– Co możesz robić? – zapytał mnie.
– Cóż… – zmieszał się Wacław. – Mogę być handlowcem i sprzedawać rzeczy – tapety, biurka komputerowe, meble, buty… kapcie, na przykład.
Kot nucił.
– Kapcie są dobre, są wygodne. Choć kalosze są oczywiście bardziej praktyczne. Nie moczą się.
Strony z ofertami pracy obfitowały w wysokie zarobki i kuszące warunki.
– Na przykład, dziewczyny są potrzebne w kompleksie rozrywkowym. Miau – miau. Pracownik zmianowy, złota rączka. Miau. Pełny pakiet socjalny, pensja tysiąc, miau – miau, przyjazny zespół z możliwościami rozwoju kariery. Nic ciekawego.
W drugiej godzinie Wacław był już wściekły.
– Czego szukamy?
– Właściwej pracy – odpowiedział kot, wpatrując się w mozaikę reklam. – Dobra pensja, urlop, no i odpowiedni szef, który nie wykiwa Cię w pierwszym miesiącu.
– Jak rozpoznasz dobrego szefa?
– Mam radar.
Kot podrapał się łapą po pyszczku.
– To wygląda dobrze. Zadzwoń.
Wacław przysunął się bliżej i przeczytał następujący tekst: „Potrzebny doświadczony sprzedawca, wszystkie warunki na rozmowie kwalifikacyjnej”.
– Czy to wszystko? – uniósł brwi.
– Wisisz mi trzysta gramów kurzych nóżek. A z pierwszej wypłaty kupisz mi hamak, żebym mógł kontemplować wszechświat i udzielać prawidłowych rad na temat struktury karmy z niego płynącej.
Dzień później Wacław pracował w sklepie zoologicznym ze skromną pensją i roześmianą partnerką Olą, którą bardzo lubił. Na co dzień sprzedaje słodkie i grube chomiki.
Kot Maciej kupił hamak i opracował strategię kupowania szczęśliwych losów na loterii. Za miesiąc Wacław kupi los i wygra cztery miliony złotych.
To prawda, ale on jeszcze o tym nie wie.
Tylko koty mogą widzieć przyszłość…



