Zauważyłam tę ciężarną dziewczynę na dworcu w piątek, kiedy jechałam pociągiem podmiejskim do domu. Wpatrywała się w okno w poczekalni. Mała torba obok niej wskazywała, że nie jedzie daleko i nie będzie tam długo.
Kiedy wróciłam w niedzielę wieczorem, zobaczyłam tę samą dziewczynę w prawie tym samym miejscu. Twarz miała poszarpaną, oczy pełne łez, to samo ubranie, tę samą torbę… Nabrałam podejrzeń. Usiadłam obok niej i zapytałam:
– Wybacz moją ciekawość, ale widziałam Cię tu w piątek… Czekasz na kogoś czy coś się stało?
Spuściła oczy, widać było, że z trudem powstrzymuje łzy.
– Nie czekam na nikogo… Stało się… Mąż mnie wyrzucił… Od trzech dni siedzę na dworcu, nie mam dokąd pójść…
– Mój Boże, jak to możliwe?! Jak masz na imię?
– Kasia. Możemy mówić do siebie na „Ty”.
– Musisz być głodna, Kasiu?
– Nie. Mam trochę pieniędzy, kupuję ciastka w stołówce.
– Chodźmy do mnie, prześpisz się, zjesz ciepły posiłek… a potem coś postanowimy.
– Nie czuję się komfortowo…
– Chodźmy, chodźmy.
Zadzwoniłam po taksówkę i razem z Kasią pojechałyśmy do mnie. Mieszkam sama, od dłuższego czasu jestem wdową, a moje dzieci rozjechały się po całej Polsce. Mam duże mieszkanie, więc mogłam ją przygarnąć. Nakarmiłam Kasię, położyłam ją do łóżka i odłożyłyśmy wszystkie rozmowy na rano.
Następnego dnia przy śniadaniu Kasia opowiedziała mi historię swojego życia. Miała dwadzieścia lat. Do miasta przyjechała z sąsiedniego województwa, gdzie mieszkała ze swoim konkubentem. Jej rodzice już dawno odeszli, a ciotka, która ją wychowywała, też niedawno zmarła. Dzieci ciotki sprzedały dom, w którym mieszkała. Jej partner był alkoholikiem. Kiedy Kasia zaszła w ciążę, wpadł w szał, zaczął się awanturować, podniósł rękę, a potem wyrzucił ją z domu…
Dziewczyna błąkała się po sąsiadach przez kilka dni, myśląc, że ten wytrzeźwieje i wróci, ale on na to nie pozwolił. Dobrzy ludzie powiedzieli Kasi, że ma romans z tamtejszą dziewczyną odkąd dowiedział się, że zaszła w ciążę. Nie było innego wyjścia, Kasia postanowiła wyjechać do miasta. A kiedy już przyjechała, nie wiedziała, co robić.
Dziecko miało się urodzić za trzy lub cztery tygodnie. Co mogłam zrobić? Zostawiłam ją w domu, zadzwoniłam do znajomych, przywiozłam i łóżeczko, i wózek, i mnóstwo rzeczy dla dzieci w różnych rozmiarach.
– Na świecie są jeszcze dobrzy ludzie, Kasiu. Poradzimy sobie z tym!
– Dziękuję, nie wiem, co bym bez Ciebie zrobiła.
Kasia urodziła dziewczynkę, dużą i ładną. Nazwałyśmy ją Wiktoria. Bardzo podobało mi się to imię. Z czasem okazało się, że Kasia miała problem ze stresem, była zbyt nerwowa, więc zdecydowałyśmy, że ja będę w domu z dzieckiem, a ona pójdzie do pracy.
– Gdzie mnie zatrudnią bez doświadczenia? Z wykształcenia jestem księgową, ale nie przepracowałam ani jednego dnia w swoim zawodzie.
– Nie martw się, znajdę Ci pracę u moich przyjaciół.
Kasia została zatrudniona jako młodszy specjalista w dziale ekonomii. Oczywiście bałam się, że sobie nie poradzi, ale było wręcz przeciwnie, okazała się bardzo bystra i podatna na nową wiedzę. Pół roku później moja Kasia dostała nawet awans, a ja otrzymałam pochwałę, że znalazłam takiego pracownika.
I tak żyłyśmy z tą dziwną dziewczyną, jakby to była moja własna rodzina. Wiktoria dorastała i nazywała mnie babcią. I wtedy Kasia wyznała mi:
– Nie wiem, co robić… Szef naszego działu od dawna zwracał na mnie uwagę, a teraz wyznał mi miłość i poprosił o rękę…
– Podoba Ci się?
– Lubię go, ale boję się, że znowu się sparzę…
– Nie bój się, nie jesteś sama w tym życiu, masz mnie…
Kasia przytuliła się do mnie i płakała. Dwa miesiące później był ślub. Oddałam moje dziewczyny w bezpieczne ręce, wtedy wiedziałam, że mąż Kasi, choć młody, to porządny i wykształcony człowiek.
W podzięce za te dwa lata Kasia nigdy o mnie nie zapomina: dzwoni codziennie, pytając o moje zdrowie, robi miłe prezenty na święta, często przyjeżdża do mnie z Wiktorią. Na starość mam córkę, słodką i troskliwą Kasię.
Nie bójcie się robić dobrych uczynków!



