Bardzo długo chcieliśmy z mężem mieć dziecko, ale przez sześć lat nic z tego nie wychodziło.
Latem 2017 roku, kiedy już straciliśmy nadzieję, wyczułam, że coś jest nie tak. Test, dwie kreski, radość, że wreszcie się udało.
Ja z natury jestem brązowowłosa, a mój mąż to zupełne przeciwieństwo mnie, blondyn z niebieskimi oczami. Zastanawialiśmy się, jaką będziemy mieli córkę. Mój mąż stwierdził, że blondynka z brązowymi oczami byłaby pięknością, ale znając biologię i to, że moje geny są dominujące, śmiałam się cicho i na próżno…
W kwietniu 2018 roku urodziła się nasza córeczka – niebieskie oczka i białe włoski. Cóż, myślałam, że to nic takiego i niedługo się ściemni. Ale z upływem miesięcy rosła i nic nie ciemniało. A im była starsza, tym bardziej przypominała mojego męża. Nie była do mnie podobna, w ogóle.
W szpitalu, nowi lekarze, pytali, kim jestem dla dziecka? Kiedy mówiłam, że mamą, podkrążali oczy, ale nic nie mówili. Tego samego nie można powiedzieć o moich znajomych. Każdy uważa za swój obowiązek podkreślić, że dziecko nie wygląda jak ja.
Niedawno szłam z krewną mojego męża, niosąc na rękach moją córkę. Krewna jest blondynką i ma duże szare oczy. Po drodze spotkałyśmy jej dawne znajome, które zapytały ją: „Urodziłaś dziecko?”. Ona powiedziała, że nie, a ja pomogłam jej, kiwając przecząco głową.
Jestem do tego przyzwyczajona, staram się nie zwracać na to uwagi i traktować to wszystko jako żart. Ale ostatni incydent mnie zdruzgotał. Poszłam z córką do przychodni. Kiedy czekałyśmy w kolejce do lekarza, jakaś kobieta ciągle się na nas patrzyła. Przyzwyczaiłam się i nie zwracałam na to uwagi. Podeszła do mnie i mówi: „Przepraszam, czy Pani jest żoną Władimira (mojego męża)? Jak to jest wychowywać nie swoje dziecko?”. Powiedzieć, że byłam przerażona, to nic nie powiedzieć. „Tak, dziewczyna jest do niego bardzo podobna”. I uśmiechnęłam się.
Bardzo kocham moją córeczkę, ale czasem chciałabym usłyszeć, że jej nosek należy do mamy:)



