– Powiedz mi, dlaczego zostałam tak ukarana, co? – Lidia, lat pięćdziesiąt, dzieli się z koleżanką. – Dopiero zaczynam dochodzić do siebie – westchnęła lekko. Piotruś ma jedenaście lat, jest już mniej więcej samodzielny. Wychowywałam go sama od ósmego miesiąca życia! Ile mnie to kosztowało, Natalio! A wczoraj wróciła moja grzeszna córka…
– Naprawdę? Irena jest tutaj? Naprawdę?!
– Natalio, mam wrażenie, że mam deja vu. Jest tutaj, tak. Z walizką i… z brzuchem, który wchodzi jej do nosa, wyobrażasz sobie? Będzie rodzić za dwa miesiące!
– Daj spokój… Czy ona jest w ciąży? Znowu?!
– A co ja Ci mówię? Znowu jest w ciąży, znowu jest sama, nie ma gdzie mieszkać, nie ma pieniędzy, jej partner zostawił ją z długami i kredytami, i nie ma dokąd pójść, tylko do matki, do mnie… I nawet walizka jest taka sama jak ostatnio. To wszystko już się nam przytrafiło!
Córka Lidii, Irena, ma trzydzieści lat. Jej matka nazywa ją „złym temperamentem” i jest na nią bardzo obrażona, ma ku temu dobry powód. Irena od dzieciństwa nie była grzeczną dziewczynką: źle się uczyła, opuszczała zajęcia, zadawała się ze złym towarzystwem, paliła, piła. Jej burzliwa młodość zakończyła się nieplanowaną ciążą w wieku dziewiętnastu lat, a kandydatów do roli ojca było kilku.
– Błagałam ją o aborcję, byłam całkowicie przeciwna dziecku. Ale kto by mnie słuchał – westchnęła Lidia.
Pół roku po urodzeniu Piotrusia, Irena miała dość i wyjechała, aby ułożyć sobie życie, „tymczasowo” zostawiając syna z babcią. Obiecała jednak, że przyjmie go z powrotem, jak tylko się zadomowi.
– Nic nie jest bardziej trwałe niż to, co tymczasowe! – Lidia wzrusza ramionami. – Od dawna nie było mowy o tym, że córka weźmie Piotrusia i sama go wychowa…
– Czyli przez jedenaście lat w ogóle pamiętała o swoim synu? – pyta współczująco jej przyjaciółka.
– Dzwoniła kilka razy, nawet wysyłała pieniądze… Dwa razy po dwa tysiące, raz pięć tysięcy… To duże wsparcie, ale pieniądze nie załatwią wszystkiego.
Piotruś był dzieckiem nerwowym i pobudliwym, a także alergikiem. Nie spał w nocy, miał złe wyniki krwi, od czasu do czasu miał wysypkę, łatwo łapał wszystkie wirusy, często i długo chorował – z wysoką gorączką i wszelkimi powikłaniami. Z rozwojem też nie wszystko szło gładko. Lidia woziła chłopca do lekarzy i logopedów, a jeszcze musiała pracować, żeby związać koniec z końcem.
Ludzie w pracy byli bez ogródek krytyczni wobec ciągłych zwolnień lekarskich, nieobecności i siły wyższej.
– Cóż, to zrozumiałe! – Lidia westchnęła. – Pracująca babcia jest gorsza od samotnej matki. Pomagają im przynajmniej babcie, czasem ojcowie dzieci lub ich krewni. Mnie nikt nie pomógł! Wcale!
Dzwonią z przedszkola – dziecko ma gorączkę, proszę je zabrać. I to jest mój pierwszy dzień wolny od choroby, od dwóch tygodni byłam na zwolnieniu lekarskim. I co robić? Przecież trzeba odebrać dziecko.
– Aha – krzyknął dyrektor, aż ściany się zatrzęsły. – Czy to są żarty?!
Teraz, oczywiście, Lidia i jej wnuk mają się znacznie lepiej. Pod względem wyników w nauce nie jest idealnie, ale chłopiec odrabia zadania domowe, zdobywa przeciętne oceny, sam chodzi na zajęcia sportowe, rzadziej choruje.
Można powiedzieć, że sprawy mają się coraz lepiej. I znowu pojawia się córka…
– Oczywiście, to była moja własna wina! Zawiodłam ją. Źle ją wychowałam. A teraz ja płacę cenę, niosąc swój własny krzyż…
– Czy zamierzasz to dalej znosić? – zapytała przyjaciółka. – Czy zamierzasz przyjąć też drugiego wnuka? Wychowasz go, jak Piotrusia?
– Nie ma mowy! – Lidia drży. – Powiedziałam jej wczoraj od razu, nie licz na mnie. Jeśli nie chcesz dziecka, pójdzie ono do domu dziecka, to wszystko! Nawet nie ma innej opcji. Nie mogę wychowywać kolejnego. Irena zaczęła mi opowiadać, że ma długi, pożyczki, i że musi pracować na dwie zmiany, żeby to spłacić. Ale ja nawet nie słuchałam. Powiedziałam, że to nie mój problem, że jeden Piotruś mi wystarczy. Byłam wtedy o dekadę młodsza. Teraz nie wiem, jak bym sobie poradziła…
– Daj spokój… Jest już za późno na aborcję, dziecko i tak się urodzi. Cóż, dom dziecka, naprawdę?
– A dlaczego nie dom dziecka? Nie mam ani siły, ani możliwości, ani chęci, żeby wziąć dziecko. Niech sobie sama wychowuje, ja jej tego nie zabraniam. Ja już nawet nie obciążam jej Piotrusiem. Ale powiedz mi, czy naprawdę uważasz, że muszę to zrobić kolejny raz? A jeśli w ciągu roku urodzi trzecie…? Nikt o mnie nie myśli! A tak w ogóle, to muszę jeszcze wychować Piotrusia. To też wymaga siły…
***
Czy niewybaczalne i okrutne jest nawet myślenie o oddaniu dziecka, które oprócz matki ma jeszcze rodzoną, zdrową i stosunkowo młodą babcię?
Czy Lidia zamierzająca oddać wnuka do domu dziecka, jest moralnym potworem?
A może jest w pełni uprawniona do tego? Może po prostu trzeźwo ocenia swoje siły i zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie opiekować się kolejnym dzieckiem? Czy teraz cała odpowiedzialność spoczywa na matce?
Zgadzasz się z tym? Co o tym sądzisz?



