Czyjeś wesele. Po wojnie.
Widziałam w swoim życiu wiele wesel, ale jedno pamiętam szczególnie. Moja mama miała przyjaciółkę, Teresę, która mieszkała ze swoją rodziną na tej samej ulicy co my. Moja mama dzieliła z przyjaciółką zarówno radości, jak i smutki.
Ciocia Teresa często bywała u nas w domu i uważaliśmy ją za „rodzinę”. Miała też dwie córki, były starsze ode mnie i od mojej siostry. Starsza Lena była bardzo zdolną córką – dobrze szyła, korespondencyjnie studiowała projektowanie mody w Warszawie. Lena była zawsze pięknie i modnie ubrana, bardzo przyjaźnie nastawiona do ludzi i energiczna w kontaktach z nimi.
Najmłodsza córka cioci Teresy, Karolina, była szczupła, nosiła warkocze, była skromna i jak to się mówi „cicha”. I wtedy Karolina, ta „cicha”, nagle przyprowadziła do swoich rodziców przystojnego kolegę, wojskowego, przyszłego oficera. Uczył się w naszym mieście na Uniwersytecie Wojskowym.
Kiedy byłam w gimnazjum, widziałam tych szczupłych wojskowych, przyszłych pilotów, tańczących w miejskim klubie – wszyscy chodzili tam w niedziele, gdzie grała orkiestra dęta i wtedy tańcowali na letniej scenie.
I kiedy Karolina przyszła do domu z tym przystojnym mężczyzną, to właśnie po to, by zorganizować ślub.
– Gdzie go poznałaś? -zapytała siostrę Lena.
– W klubie zostaliśmy uznani za najlepiej tańczącą parę – śmiała się dumnie Karolina. Lena wiedziała, że kiedy jej romantyczna siostra tańczyła, cudownie przeistaczała się z chudej i „milczącej” w niezwykle zgrabną i pełną elegancji dziewczynę. Jej policzki rumieniły się delikatnie, a nos i okrągłe oczy nabierały czarującego wyrazu.
– Fajny facet, lubię go – zauważyła Lena i od razu zapytała: – Karolina, czy Ty go kochasz?
– Oczywiście – oświadczył mi się! – powoli, z namysłem, sylaba po sylabie odpowiedziała „cicha dziewczyna” i dodała: – A zresztą, on jest na studiach i czekamy na ślub.
– Jestem gotowa uszyć Ci suknię ślubną zgodnie z obietnicą, czy wybrałaś już którąś? – powiedziała stanowczo starsza siostra. – Czy chcesz mieć satynową? Albo w Warszawie robią teraz takie, które są zwężane ku dołowi, jak ta.
– Nie, to podkreśli moją szczupłość – zauważyła Karolina.
Długo wybierały fason – siostra proponowała to i owo, ale nic jej się nie podobało w pełni, chciała czegoś niezwykłego, a nie zwykłego. Na stole Leny leżały czasopisma, podręczniki, magazyny mody z dawnych lat i czasopismo z reprodukcjami obrazów różnych artystów. Przyszłym projektantom mody, wpajano dobry gust – studiowali nie tylko historię mody, style, zestawienia kolorystyczne ubrań i tkanin, ale także malarstwo tematyczne różnych artystów.
I wtedy, nagle, Karolina zobaczyła reprodukcję jednego z obrazów i spojrzała na siostrę błagalnym głosem:
– Czy możesz zrobić coś takiego? No, przynajmniej coś takiego? – Lena oniemiała, był to jeden z najbardziej wyrafinowanych stylów mody paryskiej – luksusowa suknia balowa z trenem z białej satynowej tafty. – Rozpuszczę włosy i upnę je wysoko – powiedziała Karolina.
– Uszyję tę sukienkę, tak jak obiecałam. Zrobię ją dla Ciebie, Karolina – odpowiedziała jej starsza siostra, uśmiechając się wesoło.
Oto zakończenie: … Czyjeś wesele. Historia Leny, Karoliny i pana młodego – co się stało po wszystkim?
Ciocia Teresa była u nas co wieczór, a ja wpadłam do Leny – szyła mi spódnicę. Zbliżał się dzień ślubu.
– Ja przy nich wariuję. Jedna z nich siedzi i szyje sukienkę swojej siostry i płacze. „Dlaczego płaczesz?” „Jest mi po prostu smutno, mamo, Karolina wyjeżdża”. Idę do tej drugiej, ona też płacze. „Dlaczego płaczesz?” „A co jeśli się mylę i on wcale nie jest moim przeznaczeniem?”. Karolina jęczała. Powiedziałam do niej: „Zgodziłaś się, a teraz chcesz zmienić zdanie? O czym Ty mówisz? Czy to jest zabawa?”.-
– Jak ja to wszystko przeżyję? Lenka też zaczęła gdzieś znikać. Zapytałam ją dokąd idzie, a ona powiedziała, że dostarcza zamówienia. Nigdy w życiu nie dostarczała nikomu zamówień, każdy przychodził po odbiór samodzielnie.
Dzień ślubu był letni i słoneczny – jak „na zamówienie”. Wszyscy biegali po podwórku cioci Teresy, nosili rzeczy, wpadali na siebie, marudzili. Pan młody przybył z kwiatami, ale Karolina nie była gotowa. Wszyscy krewni, goście i sąsiedzi wybiegli na podwórko, aby obserwować całą sytuację.
Pan młody był blady i patrzył w ziemię, chodząc tam i z powrotem. „Martwił się” – szeptano w rzędach. W końcu Karolina wyszła i wszyscy zaniemówili. To nie była stara Karolina, to była królowa. Suknia, fryzura – wszystko było idealne – jak z obrazka. W swojej sukni ślubnej wyglądała starzej, ale nie wszyscy to zauważyli. Wszyscy patrzyli na nią i klaskali cicho.
Ciocia Teresa kiwała się z boku na bok, splatając palce i uśmiechając się cicho. Lena wyszła za Karoliną w prostej białej sukience, skrojonej na miarę – pięknej jak zawsze. I wtedy nastąpiła przeszkoda. Ani Karolina nie podeszła do swojego narzeczonego, ani on do niej. W rzędach rozległ się „szmer”.
Pan młody powoli wyszedł na środek dziedzińca i zaczął mówić: „Drodzy krewni, Karolino, jest mi niezmiernie przykro. Powinienem był to powiedzieć już dawno temu, ale to byłoby jak ucieczka w cztery oczy. Postanowiłem powiedzieć to przy wszystkich. Karolino, myliłem się, kocham inną dziewczynę, bardzo ją kocham, wybacz mi, nam”.
Był zaskakująco spokojny. Ciocia Teresa zaczęła machać rękami, jakby kogoś odpychała: „Co Ty robisz? Chłopaku? Co ty robisz?”. Wujek Michał, jej mąż, powiedział z uśmiechem: „Chodźcie, wszyscy! Cóż poradzić…” – zwracał się do wszystkich, chcąc zapewne złagodzić sytuację.
I wtedy Lena zaczęła mówić: „Karolina, wybacz nam”, szlochała i zakrywała twarz rękami. Na podwórzu wrzawa, krzyki, oburzenie: „Co za koszmar! Co za bałagan! Co za bałagan!” Karolina uśmiechnęła się i wpatrywała się w siostrę. Jej przyjaciółka podbiegła do niej i zaczęła wyciągać Karolinę z podwórka. Gdy odchodziła, odwróciła się i powiedziała wesoło do siostry: „Nie płacz, Lenka! Już miałam powiedzieć, że sama w to wątpię!”.
Obok pana młodego stała kobieta, najwyraźniej jego matka i surowo coś mu sugerowała, a on stał patrząc w dół. Wtedy zobaczył, że Karolina ucieka, choć tren jej sukienki uniemożliwiał jej nawet szybki chód, ruszył, by ją zatrzymać, ale ona niegrzecznie go odepchnęła i coś powiedziała. To, co powiedziała, było niesłyszalne – wszyscy na podwórku robili straszny hałas, jedni się śmiali, inni kręcili głowami, niektórzy płakali, niektórzy wygrażali pięściami.
Co było dalej? Ciocia Teresa zmarła rok później. A potem? Potem Lena prawie natychmiast wyszła za lotnika i wyjechała z nim, ślubu nie było. Mieli dwoje dzieci, mieszkali w wojskowym miasteczku gdzieś na północy.
Karolina przez dwa dni mieszkała u koleżanki i w ogóle nie chciała wracać do domu. Potem, kiedy minęło już kilka lat, często plotkowano o dziewczynie. Jednak nikt z rodziny nie chciał powiedzieć wiele. Machano tylko rękoma na pytania o Karolinę.
To było w latach osiemdziesiątych, kiedy przyjechałam pochować ojca, cały czas padało i poszłam do wujka, żeby się z nim zobaczyć i zapytać o Karolinę. Był już bardzo, bardzo stary, cieszył się, że mnie widzi, a kiedy zapytałam go o córki, powiedział: „Lena ma się dobrze, pomaga mi, dzwoni do mnie. Wnuki są urocze, wyrosły. Każdego roku przyjeżdżają do mnie w lecie. Ale ta najmłodsza, ciągle się bawi, ma pecha”. Od razu przypomniał mi się ten ślub.



