– Nadia, uciekaj do domu, zaczyna padać! – dziewczynka usłyszała dochodzący z ogrodu czuły głos matki.
Reagowała jak zwykle: „Już idę, mamusiu!”, a nawet się nie poruszyła. Nie chciała wracać do domu. Rzeka była jedynym pocieszycielem Nadii, jej ulubionym miejscem na świecie. Kiedy tylko dziewczyna potrzebowała pobyć sama, zebrać myśli, zawsze biegła nad rzekę. To była błogość. Szybki nurt zdawał się zabierać niepokój, zmywać złe myśli.
Ale dzisiaj rzeka nie pomogła Nadii. Dziewczyna siedziała nad wodą i szlochała rozczulająco. Z jej zaczerwienionych oczu, płynęły łzy. „Nieznajoma. Obca…” powtórzyła słabo Nadia. Nie chciała w to wierzyć. Nie wiedziała już, jak z tym żyć.
Nadia była w ósmej klasie. Wyrosła na mądrą dziewczynę. Była doskonałą uczennicą, pupilką nauczycieli. A jak dumni z córki byli jej rodzice. Nie tylko pilnie się uczyła, ale też podejmowała różne prace, chciała się wszystkiego nauczyć. Marzyła o tym, by zostać lekarzem, ponieważ uwielbiała opiekować się chorymi.
Na przykład, gdy tatuś zachoruje, Nadia natychmiast bierze go do łóżka, przykrywa kocem, przynosi ciepłe mleko i naciera plecy apteczną maścią. Potem wraca do pomocy matce w gospodarstwie domowym.
Pewnego sobotniego popołudnia rodzice Nadii udali się na targ do centrum dzielnicy, a ona została w domu, aby, że tak powiem, pomóc w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Zaczęła sprzątać i porządkować szafę w sypialni rodziców. Jej matka nigdy nie zabrała się za sprzątanie tej szafki.
Nadia stanęła na krześle, żeby sięgnąć do górnej półki, ale szafka była głęboka. Potknęła się i spadając z krzesła, chwyciła się półki. Z dalekiego kąta wypadło pudełko i wysypało się z niego mnóstwo dokumentów.
Nadia wstała i powoli zaczęła je odkładać na miejsce. Nagle natknęła się na kartkę z napisem… adopcja niemowlęcia. Dziewczyna uważnie przeczytała jeszcze raz kartkę i nie mogła uwierzyć własnym oczom. „Jak to możliwe? – zapytała sama siebie. – Czy ja naprawdę mam prawdziwych rodziców, własną matkę? Dlaczego oni mnie wychowują?”. Dziesiątki pytań kłębiły się w głowie dziewczyny, ale na żadne nie było odpowiedzi.
Nadia nie zauważyła, jak klęczała, trzymając w dłoniach niewielką kartkę papieru. „Obca… Obca…” – pulsowało boleśnie w jej umyśle, aż na korytarzu rozległ się głos matki. Dziewczynka szybko schowała dokument do pudełka, otarła łzy z bladej twarzy i jak gdyby nigdy nic, udała się na spotkanie z rodzicami.
Oczywiście zauważyli, że córka płacze. Ale nie chciała niczego wyjaśniać, a mama i tata nie lubili wnikać w jej duszę, więc szybko o tym zapomnieli. Jeśli zechce, powiedzie im sama.
Od tego czasu Nadia miała dwa marzenia. Pierwszym z nich, jak już wiemy, było zostanie lekarzem. Drugim było odnalezienie biologicznej matki. Dziewczyna nawet przyrzekła sobie, że ją odnajdzie.
Kiedy Nadia została studentką medycyny i uwolniła się spod opieki rodziców, zaczęła szukać swojej biologicznej matki. Wymagało to wiele czasu i wysiłku, ale wytrwałość Nadii pomogła jej. W ciągu dwóch lat jej wysiłki zostały uwieńczone sukcesem – Nadia trzymała w rękach kartkę z adresem swojej biologicznej matki.
Dziewczyna nie odważyła się od razu do niej pójść. Przez długi czas zastanawiała się, czy powinna. Dziesiątki razy odtwarzała w myślach scenę ewentualnego spotkania z tą, która podarowała jej życie. Nadia bała się rozczarowania. Bała się, że dowie się, dlaczego matka ją odrzuciła. W końcu, zbierając siły, ruszyła w drogę. I po przebyciu setek kilometrów spojrzała w oczy swojej matce.
Nadia zapamięta ten moment do końca życia, choć wolałaby o nim zapomnieć. Spotkanie w ogóle nie było takie, jak sobie wyobrażała. Matka przyjęła córkę, której nie widziała od prawie dwudziestu lat, chłodno i obojętnie. Nie interesowała się tym, jak jej dziecko żyło przez te wszystkie lata, co robiło, o czym marzyło. Nie prosiła o wybaczenie, niczego nie tłumaczyła. Żadnego poczęstunku, nawet przytulenia…
I może serce Nadine pękłoby z bólu i pretensji, ale ona też nie czuła żadnej więzi z matką. Stała przed nią dziwna kobieta, nie wzbudzająca nawet sympatii. „Dziwne” – pomyślała Nadia. – A co z więzami krwi, z genami?”.
Jeszcze przez jakiś czas dziewczynka utrzymywała kontakt z biologiczną matką. Nie z konieczności czy chęci, ale na pokaz. Ale nie trwało to długo. Kiedy ich kontakt się urwał, Nadia nie wiedziała, czy ma być z tego powodu smutna, czy szczęśliwa.
Uczucia do kobiety, która nosiła ją w swoim łonie i sprowadziła na świat dla szczęścia i radości innej kobiety, nigdy się nie pojawiły. Jaka ona była naiwna! Zanim tak się stało, martwiła się, co będzie z rodzicami, którzy ją wychowali i dla których była całym światem. Niepotrzebnie.
Nadia długo nie wracała do domu, bo była zajęta szukaniem matki… Ale kiedy ją znalazła, nagle uświadomiła sobie, jak bardzo kocha ojca i matkę, jak bardzo za nimi tęskni, jak bardzo brakuje jej ich towarzystwa… I jakoś tak, nie czekając na weekend, Nadia napisała do dziekanatu prośbę o kilka dni wolnego i pojechała do domu.
Przyjeżdżając do domu rodziców, czuła się tak, jakby przeżyła stulecie rozłąki z nimi. Jak śmiała myśleć, że może ich zostawić, że ktoś może ich za nią zastąpić?
– Mamusiu, idę nad rzekę na trochę, mogę? Muszę się zastanowić… – powiedziała Nadia. – Dawno mnie tam nie było…
– Myśl szybko – uśmiechnęła się. – Za pół godziny zjemy obiad…
A Nadia, chwyciwszy ze stołu kawałek sera, pobiegła jak w dzieciństwie, aby nad płynącą wodą rozsypać popiół ze spalonych mostów…



