Z mężem jesteśmy małżeństwem od prawie 10 lat. Nasze mamy pracowały razem w tej samej fabryce. Nasze rodziny były zaprzyjaźnione i mieszkały jakieś 10 minut spacerkiem od siebie.
Później przeprowadziłam się z rodzicami do innej dzielnicy, w której mieszkała moja babcia. Tak się śmiesznie złożyło, że moja przyszła teściowa wówczas sprzedała mieszkanie i przeniosła się z całą rodziną do tej samej dzielnicy. Mąż ma jeszcze cztery siostry, jest najstarszy z rodzeństwa. Często odwiedzałam swoją przyszłą teściową, bo przyjaźniłam się z jedną z jej córek. Kiedy dorosłam, zaczęłam pracę – mój przyszły mąż zatrudnił się wcześniej w tym samym miejscu, co ja. Przez to lepiej się poznaliśmy, zaczęliśmy się spotykać, a potem wzięliśmy ślub. Kiedy dzień po ślubie zadzwoniłam do teściowej, jedna z sióstr męża zapytała: „To synowa dzwoni?”, na co ona odopowiedziała: „nie synowa, tylko słoneczko! Jeszcze raz usłyszę, jak o niej tak mówisz, to zobaczysz!”.
Teściowa jest dla mnie jak druga matka i miałam z nią cudowną relację. Nigdy w życiu niczego mi nie zarzucała, nie wymagała też, abym usługiwała jej synowi, co niestety często robią inne matki. Robiła wszystko, abym czuła się w jej obecności komfortowo. Dzwoniła do mnie codziennie i nie po to, żeby się o coś czepiać czy wypytywać o syna, ale żeby zapytać, jak się czuję i czy czegoś mi nie brakuje. Traktowała mnie z niezwykłym szacunkiem i często pytała o radę, bo ceniła sobie moją „mądrość życiową”, jak sama to określała. Ja sama nierzadko prosiłam ją o radę i to nawet wcześniej, niż rodzonę matkę.
Zmarła nagle w wieku 60 lat. To był dzień, kiedy mąż był w delegacji. Kiedy szwagierka zadzwoniła do mnie o pierwszej w nocy, że teściowej coś dolega, pobiegłam tam od razu. Miałam nadzieję, że coś jeszcze uda się zrobić. Niestety, mimo wezwanej pomocy nie było szans na uratowanie jej.
Minęło już tyle lat, a mi wciąż jej brakuje. Żyję normalnie, z mężem mamy się świetnie, ale brakuje mi tej kobiety, która była dla mnie jak druga matka. Czy ta tęsknota kiedyś mnie opuści?
