Mam 42 lata, ale nadal uważam się za młodą i piękną. Jestem także inteligentna i ambitna, wciąż chcę się rozwijać i na szczęście mam na to wystarczająca ilość energii. Niestety, jeśli chodzi o moją rodzinę, to nie jest dobrze.
Wyszłam za mąż w wieku 26 lat, ale mieszkaliśmy już wcześniej razem, dokładnie rok. Zaszłam w ciążę, a on zgodził się na ślub. Wcześniej już raz był żonaty. Zostawił żonę już wcześniej, ale w momencie, w którym dowiedział się, że będzie ojcem, rozwiódł się z nią. Nie zmuszałam go jednak i wszystko było na zasadzie wzajemnego pożądania. Później jednak zaczęły się schody. Pierwsze alarmujące sygnały powinny być już dla mnie jego słowa: „nie mam pieniędzy na wesele, ale jeśli dasz na nie połowę, to drugą połowę skądś wezmę”. Dobrze, zrobiłam to.
Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, miałam 26 lat. Drugie dziecko urodziłam w wieku 31 lat. Przez te wszystkie lata słyszałem tylko jedno: „daj mi połowę pieniędzy, wtedy zrobimy remont, wyjedziemy też może na jakąś wycieczkę. Drugą połowę kwoty znajdę ja”. Ogólnie połowę swojej wypłaty oddawałam mu na jedzenie, na ubrania dla dzieci czy na jakieś wycieczki za miasto. Musiałam ciężko pracować, bo inaczej nie mielibyśmy nic.
Nie potrafię znaleźć z synem wspólnego języka i teraz, na stare lata, on ma mnie upełnie gdzieś
Krótko mówiąc, mój sens życia ogranicza się do pracowania. Muszę na wszystko składać się po połowie mimo, że zarabiam mniej, bo inaczej on nie da ani grosza, a przecież dzieci muszą jeść i mieć się w co ubrać. Nie kłócę się z nim, ale boli mnie to, że przez całe 16 lat mojego życia nie usłyszałam od niego ani jednego dobrego słowa, tylko wyrzuty. Ciągle mi wypomina, że nie daję wystarczająco dużo pieniędzy, że jestem złą matką i złą gospodynią domową. Nie widzi tego, że dbam o niego, o dzieci, o cały dom. Wyrzuty są oczywiście denerwujące, ale staram się nie zwracać na to uwagi.
Mimo wszystko to dla mnie bardzo obraźliwe i denerwujące, że mnie nie docenia. Uważa się za najważniejszą osobę w domu, a mnie ma za nic. Trudno mi to znosić, bo zawsze sobie wyobrażałam, że mój mąż będzie mnie cenił i szanował. Zawsze, gdy tylko było to możliwe, starałam się poświęcać mu uwagę i dawać miłość, a w odpowiedzi otrzymywałam tylko smutne uwagi. A może tak jest w każdej rodzinie? Czy może ja po prostu przesadzam? Póki co wytrzymuję to wszystko ze względu na dzieci, ale nie wiem, jak długo dam jeszcze radę.



