Dwa miesiące temu zakończył się mój rozwód. Byłem z żoną przez parę lat w małżeństwie i powiem Wam, że gdyby nie dziecko, to już dawno bym je zakończył, ale ze względu na syna wstrzymywałem się z tą decyzją. W końcu jednak nie wytrzymałem i zaproponowałem, żeby dziecko zostało u mnie, a ona się ucieszyła, jakby to to było tylko moje dziecko.
Nie wnosiłem o alimenty, ponieważ myślałem, że zachowa się w porządku i sama będzie płacić. Nie wyobrażałem sobie, że mogłaby nie dawać pieniędzy na własne dziecko. Oczywiście żadnych pieniędzy nie daje na syna. To nie jest jeszcze takim problemem jak to, że od czasu rozwodu była żona odwiedziła Konrada tylko raz. Też nie do końca była tutaj tylko dla dziecka, bo przy okazji miała zabrać coś swojego, czego zapomniała przy przeprowadzce. Od tego czasu nie daje o sobie znaku życia.
Nie odbiera telefonu, więc zadzwoniłem na jej numer służbowy, kiedy była w pracy. Wtedy dopiero udało mi się z nią skontaktować. Od razu zapytałem ją o alimenty, ale ona od razu wyparowała, że nie zamierza ich płacić, bo nie pracuje. Co więcej, chce mnie pozwać o alimenty, bo w sytuacji, kiedy po rozwodzie jeden z małżonków nie może się samemu utrzymać, sąd powinien przychylić się do takiego wniosku. No jej bezczelność naprawdę nie zna granic.
Szczerze mówiąc, od tamtej rozmowy jestem mimo wszystko zadowolony z obrotu sprawy. Skoro tak mówi, niech pozywa, sąd i tak mi przyzna rację. Szkoda mi tylko syna, że żona ma go gdzieś i na pewno konflikt między nami odbije się na nim.
Najpierw byłem na byłą żonę po prostu zły, ale teraz czuję wręcz odrazę i nienawiść. Chciałam uregulować sprawę alimentów, ale stwierdziłem, że lepiej będzie jeśli pozbawię ją praw rodzicielskich. Kto wie, co póżniej jej przyjdzie do głowy i czy gdy syn dorośnie, to nie będzie chciała od niego alimentów? Jak widać ona może być do wszystkiego zdolna. Lepiej, żeby nie miał żadnej matki niż miał taką.




