Zbliżały się święta Wielkanocne. Mój mąż chodził w dobrym humorze, bo wiedział, że za tydzień nasz dom będzie wypełniony śmiechem, przyjemnym gwarem, wszyscy będą obdarowywać się prezentami, tańczyć i ogólnie świetnie bawić… To też mnie uszczęśliwiało. Niestety wiedziałam, że aby tak było, będę musiała spędzić trzy dni w kuchni, aby wszyscy nasi weseli gości mieli co zjeść i co przekąsić.
Nagle w mojej głowie pojawiło się rozwiązanie problemu które od dawna zajmował mi głowię:
– Kochanie, co będziemy jeść w święta?
Mąż nie „zaangażował się” od razu:
– To co zawsze – sałatkę jarzynową, galaretki mięsne, ryby, inne różne sałatki, wędliny…
Miałam jednak istotne pytania:
– Cóż, w zasadzie to jest jasne. Kto to wszystko ugotuje?
Mąż szybko odpowiedział:
– Zawsze to Ty robiłaś to tak smakowicie…
– Wiem, że jest pysznie, ale to ja muszę kilka dni wcześniej stać przy garach, a potem to ja sprzątam kuchnię, bo nikt nie ma ochoty tego robić i to też spoczywa na mnie! Zwykle to Ty zapraszasz wszystkich w gości, ale nie zapytasz nawet, w czym mi pomóc. To może tym razem zrobię tylko jedną sałatkę i jedno ciasto, bo mam już tego dość, zgoda? A oni niech przygotują resztę, na co mają ochotę.
Mąż z rezygnacją pokiwałam głową, a potem cały wieczór dzwonił do krewnych i ich zapraszał na święta, tłumacząc, że też powinni coś przynieść, bo sama nie dam rady wszystkiego przygotować. Nie można powiedzieć, że były to proste rozmowy i szczerze mówiąc obawiałam się, że większość z krewnych męża się obrazi i nie przyjdzie, ale na szczęście było inaczej. Dzień przed wspólnym spotkaniem dzwonili i pytali, co już jest, a co mogą przynieść.
Święta minęły w miłej atmosferze i z rozmachem. Niektórzy myśleli, że z mężem żartowaliśmy i tak naprawdę wszystko będzie gotowe, ale mocno się dziwili na miejscu. Skończyły się wygody!

