Kolejne święto, kolejny dzień stania przy garach, bieganie i nakrywanie do stołu oraz kolejne uwagi bliskich na temat jakości dań, wyposażenia mieszkania i kolejne porady na temat tego, jak powinnam ich przyjąć. Co więcej, porady są często sprzeczne i nie wiadomo, kogo już słuchać.
Uśmiechałam się, starałam się być dla wszystkich uprzejma i miła, ale z trudem mi się to udawało, a jedyne, co dodało mi sił to fakt, że na zakończenie imprezy na naszych gości czekała niespodzianka.
Tymczasem na moją głowę spadł deszcz „niespodzianek” od gości. W zasadzie nie było to nic szczególnie zaskakującego – ot, kolejne, zwykłe narzekanie i niezadowolenie, ale tym razem zaskoczyli mnie swoimi niedorzecznymi uwagami:
– Och, czy sałatka jarzynowa nie jest z kwaśną śmietaną? (jakbym kiedyś poczęstowała ich taką sałatką ze śmietaną).
– Nie ma już czerwonego wina? (nie, wszystko sami wypiliście!
– Co, kaczka? Spodziewałam się kurczaka! (przepraszam, nie zgadłam, kto na co czekał!).
– Mięso w galarecie jest w porządku, ale gdybyś zrobiła je tak, jak robi to moja mama, byłoby wspaniale! (Powinnam iść do niej najwidoczniej na jakieś korepetycje z robienia galarety!).
Tę listę „niespodzianek” pod postacią niedorzecznych uwag mogłabym kontynuować w nieskończoność i dotyczyły także rzeczy w domu. A to mydło w płynie im nie pasowało, a to lampa w łazience nie świeciło tak, jak trzeba, a to lusterko było za małe itp.
Jednak czas, kiedy to ja ich zaskoczę, nieuchronnie się zbliżał. Nikt o tym nie wiedział, nawet mój mąż, który chyba bardziej niż ktokolwiek był zdziwiony, gdy oznajmiłam bliskim, że te święta były ostatnimi spędzonymi u nas. Wszyscy wręcz oniemieli i przy stole zapadła śmiertelna cisza. Potem zaczął się śmiech – goście uznali, że żartuję. Śmiałam się razem z nimi, a gdy śmiech osiągnął punkt kulminacyjny, powtórzyłam:
– Moi drodzy goście! To nie był żart. Mam dość spędzania wszystkich świąt przy kuchence i zlewie. Teraz zrobimy to po kolei – każdy z Was zrobi u siebie święta, a ja się w końcu zrelaksuję i będę pytać, czemu sałatka jest kwaśna, mięso w galarecie gorsze, niż to, które robi moja mama, a mydło ma nie taki zapach, jak mi pasuje.
Wszyscy szybko sposępnieli, a uśmiechy zniknęły z ich twarzy. Po około piętnastu minutach od mojej przemowy prawie wszyscy goście po prostu uciekli. Z uśmiechem patrzyłam, jak mój mąż próbował uspokoić ich oczywiste niezadowolenie moją „niespodzianką”, a gdy za ostatnim gościem zatrzasnęły się drzwi, zwrócił się do mnie:
– Cóż, przynajmniej mnie ostrzegłaś!
Ale po tych słowach podszedł do mnie mój mąż, przytulił mnie i powiedział:
– Wiesz, jesteś świetna! Ja prawdopodobnie nigdy nie odważyłbym się tak powiedzieć, a Ty to zrobiłaś krótko i wyraźnie. Zobaczymy, kto przejmie teraz stery w kwestii organizacji świąt.
Mój mąż się roześmiał, ja też. Napięcie całego dnia gdzieś zniknęło, a my zasiedliśmy przy pustym stole, aby dokończyć ciasto i napić się kawy.
