Pewnego ciepłego, październikowego wieczoru szłam pospiesznie do galerii handlowej, w której mieści się kino, gdzie czekał na mnie Artur. Mieliśmy oglądać najnowszy film komediowy, a przedtem zjeść kolację w naszej ulubionej restauracji, która znajduje się na tym samym piętrze co kompleks kinowy.
Przez telefon dał mi do zrozumienia, że ten wieczór będzie bardziej wyjątkowy niż poprzednie. Nie wiedziałam, co to znaczy, nie chciałam go też o to wypytywać, więc leciałam jak na skrzydłach i umierałam wręcz z ciekawości.
Do galerii handlowej zostało mi tylko kilka metrów, gdy nagle jakiś mężczyzna, który szedł w moim kierunku z lewej stronie chodnika, nagle zmienił stronę i dosłownie zderzyłam się głową z jego klatką piersiową.
Zaskoczona spojrzałam w górę i aż się przestraszyłam – w tym zarośniętym, wynędzniałym i oszpeconym mężczyźnie rozpoznałam mojego byłego męża, z którym rozwiodłam się trzy lata temu. Ogarnęła mnie fala niechęci i gniewu, z którego nie mogło mnie wyciągnąć nawet współczucie, jakie wzbudzał jego wygląd.
Gdyby to był ktoś obcy, pewnie bym mu współczuła i zrobiła coś, żeby mu pomóc, ale dla Kamila nie miałam takich uczuć. On jest z tych ludzi, którym jeśli dasz palec, to wyrwą całą rękę. Przekonałam się o tym przez pięć lat naszego małżeństwa. Wówczas dzień po dniu próbował zmienić mnie w całkowicie poddaną jego woli i spełniającą jego życzenia niewolnicę. Moje protesty spotykały się z ironicznymi uśmiechami, a decyzje, które podejmowałam samodzielne – z drwinami. Kiedy z kolei się na końcu zaczęłam buntować, podnosił na mnie rękę.
Na początku starałam się spełniać jego wymagania, ale stawały się one coraz bardziej absurdalne i poniżające, dlatego i moja miłość do niego z czasem się ulotniła. Nie widziałam już nadziei na to, że coś się w tej sprawie zmieni, a codzienne rozczarowania rujnowały moje zdrowie, dlatego wiedziałam, że coś muszę z tym zrobić. W końcu podjęłam tą ważną decyzję o rozstaniu, która była jednak niezwykle ciężka. Tuż po rozwodzie nie było wcale łatwiej i przez dwa lata od rozstania dochodziłam do równowagi psychicznej. Musiałam korzystać z pomocy psychologa, aby na nowo uwierzyć w to, że jestem wartościową osobą.
Teraz patrzyłam na Kamila z niechęcią, bo przerwał mi drogę do Artura – mojego nowego mężczyzny, który jest jego całkowitym przeciwieństwem.
– Dokąd się tak śpieszysz? O mało mnie nie przewróciłaś! – uśmiechnął się zgryźliwie.
Nie zmienił swojego zwyczaju prowokowania – czegokolwiek by nie powiedział, to zawsze brzmiało to jak zaczepka.
– Tak to jest, jak się nie przestrzega zasad ruchu. I wszystkich innych zresztą też… Zniknij mi z mojego życia i z drogi też! – prawie krzyknęłam.
Czy mój ton był niespodziewanie stanowczy, czy może poczuł, że nie ma już nade mną żadnej władzy, nie wiem, ale Kamil się odsunął i ja, po ostatnim gniewnym spojrzeniu na jego zgaszoną twarz, poszłam dalej.
A tam, całkiem blisko, czekała na mnie prawdziwa miłość, którą wiedziałam, jak rozpoznać i chronić.

