Trochę przytyłam po porodzie. Nie jakoś bardzo, ale na tyle, że moja waga zaczęła przeszkadzać mojemu mężowi. Ciągle powtarzał, że się zaniedbałam i nie da się na mnie patrzeć.
Zamiast wsparcia słyszałam od niego same negatywne komentarze i wyrzuty. To wszystko zagalopowało tak daleko, że później mąż zaczął mnie zdradzać.
Pewnego dnia porzucił mnie już całkowicie – odszedł, zostawiając mnie samą z dzieckiem z dnia na dzień. Bardzo trudno było mi przetrwać ten trudny okres.
Z trudem znalazłam w sobie siłę, by wrócić do poprzedniego życia. Zaczęłam powoli wracać do siebie. Dostałam pracę, zaczęłam uprawiać sport. Na szczęście na siłowni natknęłam się na bardzo cierpliwego i uważnego trenera. Mam też psa i zaczęłam z nim rano wychodzić na długie spacery, wieczorami biegałam. Ogólnie starałam się odpędzić ponure myśli tak bardzo, jak to tylko możliwe.
Minęło kilka lat. Chodzenie na siłownię przyniosło rezultaty. Moja sylwetka była znowu taka jak wcześniej, a nawet wyglądałam zgrabniej niż przed porodem. Znów pokochałam siebie i swoje ciało.
Kiedyś wracałam do domu po zajęciach na siłowni i spotkałam byłego męża przy wejściu. W rękach miał bukiet kwiatów i czekoladki… W tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że mam szansę zemścić się na nim tu i teraz za cały ból i cierpienie. Chciałam sprawić, by dosłownie szlochał z wyrzutów sumienia. Z dumą więc wyszłam mu na spotkanie…
Miłość do męża mojej przyjaciółki sprawiła, że zerwałam zaręczyny. To był jednak wielki błąd
Jakie było moje zdziwienie gdy usłyszałam jego słowa:
– Dzień dobry, Pani tutaj mieszka? Może mnie Pani wpuścić do środka?
Nawet mnie nie rozpoznał.
Miałam dość histerii i zakryłam twarz rękami, a potem się zaśmiałam.
On się tym mocno zdenerwował:
– Przepraszam, co Panią tak rozśmieszyło? Czy powiedziałem coś śmiesznego?
– Tak, w Urzędzie Stanu Cywilnego przysięgałeś mi miłość i wierność… do tej pory mnie to śmieszy!
Spojrzał na mnie jak wariat, nie wierząc do końca w to, co widzi.
– Kasia, czy to Ty?
– Wynoś się stąd natychmiast – odcięłam się mu.
– Czy mogę chociaż zobaczyć się z moim synem? Z Pawełkiem! – powiedział błagalnie.
– Ma na imię Piotruś – sprecyzowałam z oburzeniem… – Odejdź!
I odszedł, nie mogąc już nic zrobić… odchodził i oglądał się za siebie, a ja patrzyłam za nim kpiąco.

