Pochodzę z zamożnej rodziny, posiadam wykształcenie wyższe. Mój mąż jest zwykłym facetem, który ma również wyższe wykształcenie, ale pracuje w zupełnie innej brańzy niż ja.
Kiedy mieliśmy brać ślub rodzice Krzyśka obiecali, że kupią nam mieszkanie. Minęło kilka lat po ślubie, a mieszkania nie otrzymaliśmy. Nie było nam też łatwo pod względem finansowym – mój mąż był skąpcem, który częścią swojej pensji opłacał wynajem naszego mieszkania, a praktycznie całą resztę pieniędzy oddawał swoim rodzicom.
Potem urodziło się nam dziecko. Do pewnego czasu miałam nadzieję, że jeszcze wszystko się zmieni, teściowie podarują nam to obiecane mieszkanie, a mąż będzie traktował mnie inaczej, ale niestety – to były tylko marzenia. Potem byłam już tylko jeszcze bardziej rozczarowana i zdałam sobie sprawę, że to małżeństwo było w przypadku mojego męża zawarte dla wygody. Miał jedzenie pod nosem, poprane, wyprasowane, miał też intymność, a reszta nie była dla niego istotna. Oczywiście ta refleksja przyszła do mnie znacznie za późno.
Oczywiście nikt nigdy nie chce rozwodu, tym bardziej, jeśli jest dziecko, więc stanęłam na rozdrożu. Nie wiedziałam, czy lepiej z nim zostać i się męczyć, dając ojca dziecku obok, czy jednak nie znosić takiej urazy. Poza tym boję się, że sama sobie nie poradzę. Owszem, gdybym była sama to na pewno, ale z tam małym dzieckiem nie mogę nawet wrócić do pracy. Może lepiej więć poczekać?
Moi rodzice chcą kupić nam mieszkanie, bo widzą co się dzieje i wierzą, że może pomagając nam sprawią, że nasze małżeństwo przetrwa. Nawet jeśli będziemy mieć mieszkanie z mężem to nie wiem, czy ja chcę z nim dalej żyć. Wtedy to już chyba wszystkie pieniądze będzie oddawał rodzicom, a mnie każe utrzymać nas dwoje i dziecko z 800+, które dostajemy na córeczkę.
Jak powinnam postapić? Odejść od męża, rozwieść się i zapomnieć o wszystkim? A może przetrwać to i żyć, dopóki dziecko nie urośnie na tyle, że będę mogła sama o nas zafbać? Proszę o dobrą radę, bo sama nie umiem podjąć żadnej decyzji.

