Maska, która karmiła sto dwadzieścia dzieci

Ojciec Anzelm Kowalik miał zwyczaj, którego nikt w parafii pod Radomiem nie potrafił sobie wytłumaczyć: co czwartek znikał zaraz po wieczornej mszy, wsiadał do rozklekotanego forda i wracał dopiero nad ranem, pachnąc potem i maścią rozgrzewającą. W kruchcie plotkowano, że ma kobietę. Że pije. Że coś ukrywa. Prawda była o wiele dziwniejsza — i przez trzynaście lat znała ją tylko jedna osoba: siostra Weronika, kucharka z prowadzonego przez niego domu dziecka w Skaryszewie.

Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy trzydziestoletni wtedy ksiądz odziedziczył po zmarłym proboszczu rozpadający się budynek dawnej plebanii i dwanaścioro dzieciaków, które nie miały dokąd pójść. Nazwał to miejsce Domem pod Dobrym Aniołem. Z początku wystarczały ofiary od parafian i skromna dotacja z kurii. Potem przyszła zima, kotłownia się rozsypała, a na liście podopiecznych zamiast dwunastu nazwisk było już czterdzieści. Rachunki za opał, buty na jesień, zeszyty na wrzesień — wszystko to nie mieściło się w budżecie, który i tak ledwo spinał się na chleb.

Wieczorem, gdy Ola przyniosła mu zeszyt z rozpisanym budżetem na węgiel — brakowało trzystu złotych, ani grosza mniej — Anzelm siedział długo przy kuchennym stole, obracając w palcach zimną herbatę. Za oknem Kuba biegał po podwórku w klapkach cioci, choć śnieg leżał już od tygodnia. Ksiądz wstał, wyjął z szafy pudełko po butach, w którym trzymał stare zdjęcia z młodości — on, chudy jak tyczka, w zapaśniczym trykocie na zawodach w liceum. Patrzył na tę fotografię chyba z kwadrans.

Rozwiązanie przyszło z zupełnie innej strony niż modlitwa. W Skaryszewie akurat działała mała, podupadająca hala sportowa, gdzie raz w miesiącu organizowano amatorskie gale wrestlingu. Anzelm oglądał je po kryjomu w telewizji sąsiada jeszcze jako chłopak, bo w domu rodzinnym telewizor uznawano za grzech. Poszedł do trenera Ryśka Dudka wieczorem, w cywilnym ubraniu, i powiedział bez owijania w bawełnę:

— Potrzebuję pracy. Takiej, co płaci gotówką i nie pyta o nazwisko.

Rysiek zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, splunął pod nogi i zapytał tylko:

— Ksiądz kiedyś w ogóle w klatce piersiowej cios dostał?

— W liceum. Rejonowe.

— To ksiądz zapomniał, jak boli.

Krawcowa z sąsiedztwa, pani Grażyna, uszyła maskę za darmo, kiedy dowiedziała się, o co chodzi — czerwoną z czarnym obszyciem, z piorunem wyhaftowanym krzywo, bo igła jej się ślizgała po satynie. Tak narodził się Błyskawica.

Pierwsza walka omal nie skończyła się fiaskiem. Anzelm stał w szatni — betonowej klitce z jedną gołą żarówką — i naciągał maskę na spoconą twarz, czując zapach kleju od nowego szwu i własnego strachu. Ręce mu się trzęsły tak, że nie mógł zawiązać sznurówek, aż w końcu zrobił to za niego szesnastoletni chłopak z sąsiedniej szatni, mrucząc pod nosem, że ksiądz to chyba pierwszy raz na macie.

Na ringu przeciwnik, zwany Buldogiem, złapał go za kark i cisnął o liny tak, że Anzelmowi zadzwoniło w uszach. Upadł na deski, żebra zapiekły jak po uderzeniu obuchem, w głowie kołatała jedna myśl: wstawaj, bo jutro Kuba znowu pójdzie w tych klapkach. Wstał. Dostał jeszcze dwa razy w twarz, raz w brzuch, aż zgiął się wpół i wypluł na deski coś, co smakowało krwią. Publiczność gwizdała, ktoś krzyczał „dobij go”. Przez tydzień potem odprawiał liturgię, trzymając się bocznego ołtarza, bo nie mógł unieść rąk wyżej ramion. Ale w kopercie, którą dostał od organizatora, było sto osiemdziesiąt złotych. Starczyło na worek ziemniaków i buty dla Kuby.

Nikt w hali nie wiedział, kim naprawdę jest Błyskawica. Twarz zakrywała maska, a na mszę przecież nie przychodzili ludzie z ringu. Rysiek trzymał język za zębami, bo sam miał syna w Domu pod Dobrym Aniołem.

Tak mijały czwartki. Ksiądz jeździł na gale do Radomia i Kielc, wracał czasem tak posiniaczony, że siostra Weronika kazała mu siadać przy piecu kuchennym, moczyła szmatkę w occie i przykładała do żeber, mrucząc pod nosem litanię, w której trudno było odróżnić modlitwę od przekleństwa.

— Jak ksiądz mi tu kiedyś na progu padnie martwy, to ja sama pójdę na ten ring i temu Buldogowi łeb urwę — powtarzała za każdym razem, a Anzelm tylko syczał z bólu i mówił, żeby podała mu jeszcze jeden ręcznik.

Pieniądze szły co do grosza na dzieci. Nowy piec na gaz. Podręczniki do liceum dla starszych. Kurs komputerowy dla siedemnastoletniej Oli, która marzyła o studiach informatycznych. Sam ksiądz nie kupił sobie przez te lata nawet nowej sutanny — nosił tę samą, po trzykroć cerowaną na łokciach.

Zima 2011 roku zabrała mu tajemnicę przez przypadek. Lokalna telewizja kablowa nagrywała reportaż o zanikającej tradycji amatorskiego wrestlingu w regionie i akurat sfilmowała moment, w którym Błyskawica, ze zdartą w trakcie walki maską, odsłonił twarz na sekundę przed kamerą. Operator nie skojarzył. Ale skojarzyła emerytowana nauczycielka religii, pani Halina, która siedziała u siostry na kanapie z kubkiem herbaty, patrzyła w telewizor i nagle poderwała się tak gwałtownie, że rozlała herbatę na obrus.

— Jezus Maria, przecież to nasz proboszcz! — wrzasnęła na cały salon, aż siostra upuściła robótkę na podłogę.

Plotka rozeszła się po parafii szybciej niż ogłoszenia duszpasterskie. Do kurii w Radomiu zaczęły spływać zapytania — jedni oburzeni, że ksiądz „poniża godność stanu duchownego”, inni po prostu ciekawi. Biskup wezwał Anzelma na rozmowę.

Ksiądz przyjechał bez maski, w zwykłej sutannie, z teczką pod pachą tak wytartą, że skóra odchodziła na rogach. Usiadł na brzegu krzesła, nie na całym siedzisku, jak uczeń przed dyrektorem. Biskup, siwy mężczyzna o zmęczonych oczach, długo nic nie mówił, tylko obracał w palcach długopis.

— Proszę mi wytłumaczyć, ojcze, co ja mam powiedzieć kurii, kiedy dzwonią i pytają, czy proboszcz z Skaryszewa naprawdę bije się na ringu za pieniądze.

Anzelm otworzył teczkę i wyjął plik pokwitowań, kładąc je na biurku jedno po drugim, jakby rozkładał pasjansa. Węgiel. Buty. Zeszyty. Kolonie. Sto dwadzieścia jeden rachunków.

— Może ksiądz powie, że sto dwadzieścioro dzieci ma dzięki temu ciepło w domu.

Biskup wziął jedną kartkę do ręki, przeczytał, odłożył, wziął następną. Kartki szeleściły długo, zbyt długo jak na zwykłą formalność. W końcu odłożył wszystkie na równą stertę i powiedział tylko jedno zdanie:

— Ksiądz może dalej nosić tę maskę, byle nie zapomniał, że pod spodem ma jeszcze koloratkę.

Sprawa trafiła do lokalnej gazety, potem do ogólnopolskiej telewizji śniadaniowej. Anzelm — już bez ukrywania twarzy — usiadł pod jupiterami studia, mrużąc oczy od światła, do którego nie był przyzwyczajony. Obok niego posadzili dwudziestopięcioletnią wtedy Olę, tę samą dziewczynę z kursu komputerowego, teraz programistkę w warszawskiej firmie. Prowadząca zapytała ją, ile kosztowały te wszystkie lata. Ola poprawiła mikrofon przypięty do bluzki i powiedziała spokojnym, ale twardym głosem:

— Jeden but kosztował dziewięćdziesiąt złotych. Miałam osiem lat, kiedy dostałam pierwszą parę, która pasowała. Do tamtej pory nosiłam takie po starszej dziewczynce, o dwa numery za duże, wypchane gazetą w czubkach.

Dziś Dom pod Dobrym Aniołem wciąż stoi w Skaryszewie, choć budynek dawno wyremontowano ze zbiórki, którą zorganizowali sami byli wychowankowie. Ksiądz Anzelm ma już siedemdziesiąt cztery lata i od paru sezonów nie wchodzi na ring — kolana odmówiły posłuszeństwa. Maskę oddał do gabloty w korytarzu domu, obok zdjęć wszystkich stu dwudziestu dzieci, które przez te lata przewinęły się przez jego progi. Rysiek Dudek, dziś już emeryt, wciąż w każdy czwartek wieczorem przyjeżdża do niego na herbatę — mówi, że przyzwyczaił się do tego rytuału i nie potrafi go porzucić, nawet gdy nie ma już żadnej walki, na którą trzeba by jechać.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 + 7 =

Maska, która karmiła sto dwadzieścia dzieci