Beata Wilczek miała pięćdziesiąt dziewięć lat, kiedy pierwszy raz zapomniała, jak zaparzyć herbatę. Stała w kuchni na Bałutach, w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkała z mężem od trzydziestu pięciu lat, i patrzyła na czajnik, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Wiktor wtedy jeszcze się śmiał. Powiedział, że to zmęczenie, że za dużo ostatnio pracowała w tej swojej pracowni krawieckiej na Wólczańskiej.
Minęły trzy lata. Śmiechu już nie było.
Wiktor Wilczek prowadził warsztat samochodowy przy ulicy Kasprzaka — trzydzieści osiem lat pracy, ręce w oleju, klienci, którzy przyjeżdżali z drugiego końca miasta, bo tylko jemu ufali przy diagnostyce silnika. Kiedy lekarka w przychodni na Żeromskiego wypowiedziała słowo „otępienie", Wiktor wyszedł na korytarz i stał tam dłużej, niż powinien, wpatrzony w tablicę ogłoszeń, na której wisiał plakat o szczepieniach przeciw grypie.
Sprzedał udziały w warsztacie wspólnikowi, Grzegorzowi, za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Zostawił sobie tylko sam garaż przy Kasprzaka — ten sam, w którym kiedyś uczył syna wymieniać oponę.
Teraz jego dzień wyglądał tak samo: budzik o szóstej trzydzieści, owsianka z gruszką, bo Beata lubiła słodkie, potem spacer po parku Źródliska, jeśli pogoda pozwalała. W radiu leciał zawsze ten sam program z prognozą pogody, którego słuchała od lat, choć teraz już nie pamiętała, po co.
Bywały dni gorsze. Beata pytała o matkę, która zmarła jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, albo szukała kluczyków do samochodu, którego nie mieli od dekady. Raz w środku nocy zeszła do klatki schodowej w samej koszuli nocnej i tłumaczyła sąsiadce z trzeciego piętra, że musi odebrać dzieci ze szkoły. Dzieci miały wtedy po czterdzieści kilka lat.
Wiktor nie krzyczał. Nauczył się brać ją delikatnie pod ramię i mówić: „Chodź, zrobię ci kakao, a potem pójdziemy razem". Nigdy: „Nie pamiętasz? Przecież ci mówiłem". To zdanie wykreślił z siebie jak zbędny zapis w księdze rachunkowej.
Syn, Marcin, mieszkał w Poznaniu i dzwonił co niedzielę o osiemnastej. Pytał, czy ojciec śpi, czy je, czy nie powinien już kogoś zatrudnić do pomocy. Wiktor odpowiadał zawsze to samo: „Poradzę sobie". Marcin nie naciskał, choć w głosie ojca słyszał coś, czego nie było jeszcze dwa lata temu — zmęczenie, które nie mija po nocy snu.
Córka, Ola, była inna sprawa. Mieszkała bliżej, w Łodzi, dwadzieścia minut samochodem, ale odwiedzała rzadko. Kiedy przyjeżdżała, przynosiła kwiaty, robiła zdjęcia „na Facebooka, żeby ludzie wiedzieli, że się angażuję", i wychodziła po czterdziestu minutach, bo „nie mogę na to patrzeć, tato, to nie jest już mama".
Wiktor nigdy jej tego nie wypomniał. Ale zapamiętał.
Pewnego wieczoru w marcu, kiedy za oknem topniał ostatni śnieg i po ulicy jeździły solówki, choć już niepotrzebnie, Beata usiadła przy stole i przez chwilę wpatrywała się w niego tak uważnie, jakby liczyła zmarszczki wokół jego oczu — aż się przestraszył.
— Wiktor — powiedziała. — Ile my już jesteśmy razem?
— Trzydzieści pięć lat w tym roku — odparł, siadając naprzeciwko.
Uśmiechnęła się. Nie tym rozmytym, nieobecnym uśmiechem, który miała ostatnio. Prawdziwym.
— To dobrze, że to ty — powiedziała. — Kocham cię.
Wyszedł na balkon, żeby zapalić papierosa, którego nie palił od dwudziestu lat, tylko po to, żeby ukryć twarz. Takie chwile zdarzały się rzadziej niż kiedyś. Ale kiedy się zdarzały, były warte więcej niż wszystkie lata bez nich.
Latem sytuacja się pogorszyła. Beata zaczęła gubić się nawet w mieszkaniu, mylić drzwi łazienki z drzwiami do sypialni, budzić się o trzeciej nad ranem przekonana, że jest spóźniona do pracy w zakładzie krawieckim, który zamknęła piętnaście lat wcześniej. Lekarz z poradni geriatrycznej przy alei Piłsudskiego powiedział wprost: potrzebna jest stała opieka, najlepiej dwie osoby na zmiany, bo sam mężczyzna po sześćdziesiątce nie wytrzyma fizycznie.
Wiktor zatrudnił opiekunkę, panią Krystynę, na cztery dni w tygodniu za tysiąc osiemset złotych miesięcznie. Reszty pilnował sam.
We wrześniu Ola przyjechała z wizytą inną niż zwykle. Usiadła w kuchni, poprosiła o kawę i powiedziała, że rozmawiała z prawnikiem.
— Tato, mama nie jest już w stanie podejmować decyzji. Trzeba pomyśleć o jej udziale w mieszkaniu. I o garażu przy Kasprzaka — przecież stoi teraz pusty, bez warsztatu, można by go sprzedać, dołożyć do renty.
Wiktor odstawił filiżankę.
— W tym garażu uczyłem twojego brata zmieniać oponę. Twoja matka trzymała tam rower, którym jeździła do pracy przez dwadzieścia lat. To nie jest nieruchomość do sprzedania, Olu. To jest nasze życie.
— Ale życiowo trzeba myśleć praktycznie —
— Praktycznie — powtórzył cicho. — Praktycznie to ja wstaję o szóstej trzydzieści od trzech lat. Ty przyjeżdżasz na czterdzieści minut raz na miesiąc.
Ola zamilkła. Nie dokończyła zdania o mieszkaniu. Wyszła piętnaście minut później, nie kończąc kawy.
Tydzień później Wiktor poszedł do notariusza przy ulicy Piotrkowskiej. Nie po to, żeby cokolwiek sprzedać. Poszedł, żeby sporządzić pełnomocnictwo i testament, w którym jasno zapisał: opieka nad Beatą oraz decyzje dotyczące jej majątku pozostają wyłącznie przy nim, dopóki żyje, a garaż przy Kasprzaka wraz z narzędziami przechodzi na Marcina, bo to on odwiedzał, dzwonił, pytał, nawet z daleka.
Kiedy wyszedł z kancelarii, w teczce miał podpisany dokument. Zadzwonił do Oli tego samego dnia, spokojnie, bez wyrzutów.
— Rozmawiałem z notariuszem. Garaż zostaje zapisany na Marcina. Mieszkanie zostaje przy mnie i mamie, dopóki żyjemy. Nie ma o czym rozmawiać.
Ola próbowała protestować, podnieść głos, powiedzieć coś o niesprawiedliwości. Wiktor nie przerywał, po prostu poczekał, aż skończy.
— Sprawiedliwość, Olu, to jest wstawać w nocy, kiedy mama krzyczy, że zgubiła klucze do domu, którego już nie ma. To ja robiłem przez trzy lata. Ty przyjeżdżałaś na zdjęcia.
Odłożył telefon. W salonie Beata siedziała przy oknie, oglądając program o wybrzeżu Bałtyku — mewy, wydmy, ktoś zbierający bursztyn na plaży w Łebie. Kiedy usiadł obok i wziął ją za rękę, jej palce same zacisnęły się wokół jego dłoni, jak dawniej, jakby ciało pamiętało to, czego już nie pamiętał umysł.
— Ładne te mewy — powiedziała.
— Ładne — zgodził się.
Ola nie zadzwoniła przez trzy tygodnie, a kiedy w końcu zadzwoniła, rozmawiała już inaczej — pytała, czy mama je, czy dobrze śpi, czy potrzebują czegoś na zimę. Wiktor odpowiadał krótko, bez złości, ale i bez cofania tego, co zostało zapisane u notariusza.
W piątkowy wieczór, kiedy za oknem robiło się już ciemno o wpół do siódmej, Wiktor postawił przed Beatą kubek kakao, dokładnie tak gorącego, jak lubiła, i usiadł obok niej na kanapie. Z telewizora dobiegał znajomy głos lektora opowiadającego o wydmach w Łebie. Beata otarła usta wierzchem dłoni, spojrzała na niego przez chwilę i powiedziała:
— Kocham cię.
Ścisnął jej dłoń mocniej i sięgnął po pilota, żeby przełączyć na powtórkę tego samego programu o mewach, bo wiedział, że jutro znowu go poprosi.



