Mam na imię Jolanta i jestem na emeryturze. Wcześniej myślałam, że ten czas będzie cudowny – w końcu odpocznę po tych 60 latach pracy, będę spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi. Tak to sobie wyobrażałam, ale niestety, życie jest brutalne i na stare lata cierpię przez samotność. Nie chce mi się nawet rano wstawać z łóżka, bo i po co? Najchętniej zasnęłabym i nigdy się już nie obudziła.
Mój mąż zmarł 10 lat temu na zawał serca. Owszem, zmagał się od dawna z chorobą serca, ale mimo wszystko miałam nadzieję, że razem dożyjemy późnej starości. Niestety los mi go odebrał. Mam też córkę, ale ona od wielu lat mieszka ze swoją rodziną za granicą. Rzadko dzwoni, nie przyjeżdża też za często do Polski. Wnuka widziałam ostatni raz półtorej roku temu, bo ona z nim nie przyjedzie, a ja jestem za stara na takie dalekie wyprawy. Przyjaciółek już nie mam – wszystkie, które miałam już po prostu nie żyją. Nawet bliskie sąsiadki albo zmarły, albo ich dzieci umieściły je w domach starców. Mijam więc swoich nowych sąsiadów, którymi są młodzi ludzie, a ich nie interesuje jakaś leciwa, samotna staruszka. Większość czasu spędzam więc w kompletnej samotności.
Czasami idę do kościoła, bo tam są jacyś ludzie. Owszem, nie porozmawiam z nimi i nie spędzę jakoś wesoło czasu, ale sama ich obecność sprawia, że jest mi trochę lżej. To już jedna z moich nielicznych motywacji, która sprawia, że wychodzę z domu. W dodatku mieszkam na wsi i nie ma tutaj zbyt wielu miejsc, do których mogłabym wyjść. Kiedyś, kiedy jeszcze byłam zdrowsza i nie kulałam tak na prawą nogę, jeździłam do miasta. Tam zawsze mogłam odwiedzić jakąś kawiarnie, pochodzić do parku, ale teraz nie mam zupełnie siły. Ba, mam nawet problem z tym, żeby pojechać do lekarza na badania. Od jakiegoś czasu mam potworne bóle głowy i powinnam jechać się przebadać, ale przystanek autobusowy mieści się 4 kilometry od mojego domu, a ja nie mam siły tak daleko iść. Dla młodego człowieka to może i krótki dystans, ale dla mnie to jak jakaś niesamowita wędrówka.
Wydaje mi się, że niedługo umrę, tylko nie wiem, co będzie tego dokładnym powodem – albo samotność, albo jakaś nieleczona choroba, która od dawna się we mnie rozwija, a ja tego nawet nie wiem, bo nie mam możliwości, żeby się przebadać. A może to i to…? Nie wiem, ale myślę sobie, że to lepiej, bo i tak nie mam po co ani dla kogo żyć. Sama nie mam odwagi zakończyć swego życia, chociaż coraz częściej o tym myślę…

