Jestem wesołą i szczęśliwą wdową. Po śmierci męża robię to, co mi się podoba i jakbym odmłodniała o 10 lat!

Jestem wesołą i szczęśliwą wdową. Po śmierci męża robię to, co mi się podoba i jakbym odmłodniała o 10 lat!

Piszę to z pełną świadomością, że wiele osób mnie nie zrozumie i pewnie skrytykuje.

Przez 20 lat, które spędziłam razem z mężem, nie udało nam się mieć wdzieci. Nie cierpieliśmy jednak z tego powodu, bo czuliśmy, że wystarczamy sobie nawzajem. Władysław dominował w naszym małżeństwie, a ja zawsze zgadzałam się z jego decyzjami.

Nigdy się nie kłóciliśmy i wielu naszych przyjaciół zazdrościło nam niegasnącej miłości. Bardzo więc cierpiałam i płakałam, kiedy pewnego ranka po prostu się nie obudził i odszedł z tego świata. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić  – byłam tak przyzwyczajona do tego, że Władek jest obok.

W pierwszym tygodniu po jego śmierci nic mi nie szło – zaczynałam coś, porzucałam to, potem zaczynałam coś następnego i kończyłam z tym samym skutkiem. Tak było w kółko. Przyjaciółka powiedziała mi, że patrząc na mnie serce jej się kraje i zaproponowała wspólną wycieczkę w góry. Bardzo dawno nie byłam w górach, bo Władek nie lubił po nich chodzić, a ja się z tym pogodziłam, choć czasami za nimi tęskniłam.

Uwierzcie mi, ale to właśnie ta wycieczka w góry wyciągnęła mnie z letargu i przywróciła do życia. Czułam się jak nowo narodzona, jakby ktoś zdjął mi kajdany. Już następnej soboty znowu pojechałam w góry. Wcale nie czułam się samotna, wręcz przeciwnie było mi bardzo naprawdę dobrze spacerować wśród natury bez nikogo.

Bezczelny Jan opuścił mnie dla bogaczki z koneksjami, bo ja byłam z biednej rodziny, która nie miała mu czego zaoferować

Następnie zapisałam się na kurs tańca latynoskiego. Koleżanki zaczęły plotkować za moimi plecami, że szybko zapomniałam o żałobie, a nawet słyszałam, że nazywają mnie „wesołą wdówkw”. Nie miało sensu tłumaczyć im, że cierpię z powodu straty męża, ale jednocześnie cieszę się wolnością, której smak odkryłam i która bardzo mi się spodobała.

Kolejnym krokiem w moim nowym życiu było rozdanie sąsiadom wszystkich kompotów zgromadzonych w piwnicy, bo nienawidziłam kompotów od dziecka, a Władek je uwielbiał i co roku robiliśmy co najmniej 40 słoików z różnych owoców. Na swoje urodziny zrobiłam sobie prezent i pojechałam na wycieczkę do Wenecji – miasta, do którego Władek nigdy mnie nie zabrał mimo moich próśb. Dla niego podróże zagraniczne były zbędnym wydatkiem.

Pierwszego Sylwestra jako wdowa spędziłam w restauracji. Bawiłam się świetnie, choć sama, a rano wróciłam taksówką.

Władka nie ma już od 5 lat. W tym czasie udało mi się zrobić wszystko, czego nie robiłam, gdy jeszcze był przy mnie. Zaczęłam zajmować się tylko tym, co kocham i co sprawia mi przyjemność, przez co dosłownie odmłodziłam się o co najmniej 10 lat. Wszyscy wokół mnie próbują mnie zeswatać, ale nie mam zamiaru ponownie wychodzić za mąż.

Właśnie odkryłam, jak pięknie jest być samą i nie musieć się z nikim liczyć. Musiałabym być szalona, żeby zrezygnować z tej wolności.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 3 =

Jestem wesołą i szczęśliwą wdową. Po śmierci męża robię to, co mi się podoba i jakbym odmłodniała o 10 lat!