Nigdy nie myślałem, że stawię się na policji jako podejrzany. Tym bardziej nie sądziłam, że wyprowadzą mnie jak jakiegoś prawdziwego przestępcę z wykładu na oczach profesora i rówieśników.
Na pierwszym roku razem z bratem wynajęliśmy mieszkanie od starszej pani, miała na imię Janina. Studiowaliśmy zaocznie. Pani Janina miała mieszkanie znajdujące się dwa bloki od naszego uniwersytetu. Mieszkaliśmy u niej krótko, tak naprawdę jeden semestr, po czym przeniosłem się do innego mieszkania, które zaczęłem wynajmować już z kolegami z roku.
Relacje z panią Janiną były normalne. Była trochę głupiutka, opowiadała nam wszystko o swojej burzliwej młodości i prosiła o „przyprowadzanie dziewczyn i nie wstydzenie się”. Na szczęście sama mieszkała na drugim końcu miasta i nie odwiedzała nas za często. Cóż, takie warunki mieszkaniowe jeszcze nie były takie złe.
Sesja minęła po pierwszym semestrze minęła, a mój brat rzucił studia bo zrozumiał, bo ekonomia nie jest dla niego. Jak powiedziałem, potem mieszkałem z chłopakami z mojego kierunku. Zapomniałem o pani Janinie i czasami tylko wspominałem ją w opowieściach z bratem.
Pewnego dnia szedłem z kolegą po sklepie i usłyszałem nagle dziki krzyk, który dobiegaał z tyłu. Odwróciłem się automatycznie, ale nie zdążyłem nic zobaczyć, bo dostałem torbą po głowie. Ktoś bił mnie po plecach, po ramionach, po głowie. Zasłaniam się, ludzie się odwracają, kumpel sam nie wie, co myśleć i mówić. Wybiegłem na ulicę ze sklepu, a tam pani Janina – tak, to była ona – wybiegła za mną i coś ciągle wykrzykiwała. Nie pamiętam, jak się przed nią ukryłem, ale pamiętam, jak tydzień lub dwa później, pod koniec sesji, dwóch dzielnych policjantów wpadło do mnie na uniwersytet na zajęcia.
Nauczycielowi szczęka prawie opadła – najwyraźniej po raz pierwszy chyba policja wyprowadziła studenta z zajęć. Dotarłem z nimi do najbliższej komendy. Gdy wszedłem zobaczyłem panią Janinę. Okazuje się, że złożyła zawiadomienie, w którym oskarżyła mnie o kradzież talerzy, jakiejś porcelany i pościeli. Zaczęła się na mnie rzucać, policjanci ją trzymali a ja krzyczałem, że nie zabrałem żadnych talerzy.
Później już spokojnie wyjaśniłem, że to najwyraźniej jakiś błąd, bo ja jej niczego nie zabrałem. Ona jednak stała przy swoim i twierdziła, że brakuje jej porcelany. Policja zaczęła mi sugerować, żebym się przyznał, bo teraz zacznie się dochodzenie, będę wzywany na komisariat, a może i do sądu, będzie mi potem ciężko w życiu, bo to plama w papierach. Ja jednak byłem nieugięty, bo nie miałem się do czego przyznać.
Ostatecznie sprawę umorzono, bo żadnych dowodów na mnie nie było. Staruszka jednak jeszcze długo chodziła za mną i mi groziła, robiąc też nieraz wstyd na studiach czy przed kolegami. W końcu jednak dała sobie spokój. Do dziś jednak wzdrygam się na samą myśl, to był okropny czas.

