Kiedy miałam 22 lata, zakochałam się w mężczyźnie, który wówczas miał 46 lat. Był praktycznie rówieśnikiem mojego ojca. Kiedy rodzice dowiedzieli się o tym, z kim weszłam w związek, nie byli zadowoleni i w sumie wydaje mi się, że byli całą sytuacją nawet lekko przerażeni. Mama starała się tego nie pokazywać, ale tata martwił się tym wszystkim znacznie bardziej. Zdarzało się nawet, że majaczył przez sen na ten temat błagając mnie, żebym się opamiętała
Ja jednak jako młoda dziewczyna byłam okropnie zakochana i nie widziałam żadnego problemu w tym, że mój wybranek jest starszy ode mnie o 24 lata. Chciałam szybko z nim wziąć ślub i nie słuchałam żadnych sensownych argumentów przeciwko temu. Mój związek z Jankiem jednak w końcu się skończył – był długi, ale nie przetrwał próby czasu, a moja miłość do niego miłość gdzieś wyparowała.
Minęło wiele lat, a historia trochę się powtarza, tyle tylko, że ja mam 36 lat, a mój wybranek 26 lat. Bardzo mi się podobał, ale z mojej strony to bardziej flirt i chęć przeżycia przygody, niż chęć zbudowania czegoś poważnego, tak jak to było w jego przypadku. Z czasem zaczął nalegać na związek, więc szybko zerwałam tę relację, bo przeraża mnie różnica 10 lat. Szczególnie, że w tym przypadku to ja jestem starsza. Wiedziałam, że to dobrze się nie skończy.
Teraz siedzę i myślę, że mam 40 lat i gdyby pierwszy związek przetrwał, to mój wybranek miałby teraz 64 lata! Naprawdę nie wiem, jak moglibyśmy razem żyć i co niby mielibyśmy ze sobą wspólnego. Pewnie musiałabym być jego opiekunką i się nim opiekować. Uff, dobrze, ze to wszystko skończyło się w taki sposób!
