W tym budynku mieszkamy od trzech lat, czyli od momentu, kiedy został wybudowany i oddany do użytku. Mieszkania mają fukncjonalny układ, okolica jest zagospodarowana – dookoła place zabaw dla dzieci, altany, ogrodzenia, parking podziemny i centralne ogrzewanie. Wszystko to znalazło odzwierciedlenie w kosztach mieszkań, a mieszkania nie sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, tylko były wykupywane stopniowo.
Zanim mieliśmy sąsiadów na piętrze wyżej, na piątym piętrze wszyscy byli już dosyć zadomowieni. W zasadzie znaliśmy wszystkich od początku. Dobrą rzeczą było to, że wszyscy sąsiedzi byli w miarę rozsądni, szanowali się nawzajem i starali się nie sprawiać problemów. Wręcz przeciwnie – nasi sąsiedzi na początku nawet pytali, czy głośna muzyka nie będzie nam przeszkadzać podczas organizacji urodzin czy innej imprezy. Powiedziałam im, że cieszy nas to, że ktoś ma powód do świętowania, więc niech się tym nie przejmują.
Wtedy jednak pojawili się nowi sąsiedzi z góry. Po ich pojawieniu się zaczęły dziać się nieprzyjemne incydenty. Byli np. zbyt leniwi, żeby wyrzucać śmieci do zsypu, tylko robili to wyrzucając pełne worki śmieci przez okno. Naturalnie przez wiatr wszystko zostało rozsypane po całej okolicy, ale też śmieci znalazły się na naszych balkonach. Kwietniki po jakimś czasie same wyglądały jak wysypisko śmieci.
Dopiero teraz zrozumiałem, że do szczęścia nie trzeba wiele.
Moja cierpliwość w końcu się skończyła, gdy podmuch wiatru „sprowadził” na nasz balkon skrawki mięsa z obiadu. Wyglądając z sąsiedniego pokoju zobaczyłam, że syn sąsiadów, przygruby, głupawy piętnastolatek, który od kilku miesięcy nie zdołał się ze mną nawet przywitać, wyrzucał z worka resztę śmieci. Kiedy krzyknęłam, zniknął za oknem, nie wyrzucając całej zawartości worka.
Potem wstałam i pobiegłam pod ich drzwi. Zadzwoniłam i otworzyła matka. Wzruszyła tylko ramionami, słysząc moje oburzenie:
– No i o co to zamieszanie? Nie masz nic do roboty, tylko się czepiasz o głupoty?
Wtedy wygarnęłam jej wszystko – powiedziałam o śmieciach, które trafiają na nasze balkony i o tym, że powinni żyć jak ludzie, a nie jak świnie. Powiedziałam też, że jak nie przestaną, to zgłoszę to gdzie trzeba i dostanie porządną grzywnę. W trakcie kłótni przechodziła inna sąsiadka, która mnie wsparła i wyraziła także dezaprobatę.
Na razie z ich okien nie lecą żadne śmieci. Mam nadzieję, że tak już zostanie.
Czy naprawdę tak trudno wyrzucić śmiecić i nauczyć syna, że utrzymanie czystości w miejscu swojego zamieszkania jest rzeczą podstawową i myśleć o tym, że obok mieszka ktoś inny?

