Od małego uwielbiałam dzieci, a kiedy miałam 25 lat, coraz częściej zatrzymywałam się w parkach żeby popatrzeć, jak się bawią, biegają i śmieją.
Darek był moją pierwszą poważną miłością. Rozmawialiśmy już o ślubie kiedy, a w międzyczasie okazało się, że jestem w ciąży. Byłam w siódmym niebie! Jednak on się przestraszył – najwyraźniej nie był gotowy na taką odpowiedzialność i po prostu mnie opuścił. Już nigdy więcej go nie zobaczyłam.
Kiedy zostałam sama, nie wiedziałam, co zrobić. Rozważałam nawet aborcję, ale szybko mi przeszło myślenie w ten sposób. Czułam, że jestem gotowa na dziecko, ale wiedziałam, że jeśli urodzę nieślubne dziecko, to rodzice mnie po prostu wyklną. Poswtanowiłam im jednak narazie o tym nie mówić, ale w głębi duszy już podjęłam decyzję o tym, że chcę urodzić.
Dwa dni później kiedy szłam do pracy, spotkałam przy wejściu do klatki Bartosza. Był moim sąsiadem, który wiele razy okazywał, że mu się podobam. Łapałam go na tym, jak na mnie patrzył, kiedy oferował się z pomocą w noszeniu zakupów albo w jaki sposób do mnie mówił. Zwykle odpowiadałam mu tylko „cześć” i szłam dalej, ale tym razem zatrzymałam się i zaczęliśmy rozmawiać. Zapytał mnie o Darka i nie wiem dlaczego, ale opowiedziałam mu wszystko zgodnie z prawdą.
Wieczorem Bartosz czekał na mnie przed pracą z pięknym bukietem róż, a po miesiącu wzięliśmy ślub. Moi rodzice myśleli, że to jego dziecko i nie powiedzieli mi nawet jednego złego słowa.
Nie chciałam dużego wesela, byłoby to zbyt nie na miejscu w moim przypadku. Wzięliśmy ślub i wyprawiliśmy skromne wesele.
Mój mąż był miły, dobry, inteligentny i sympatyczny. Był tylko jeden problem – w ogóle go nie kochałam. Dopiero kiedy urodziła się Ewa, doszło do prawdziwego cudu. Mąż wtedy w dwa tygodnie wyremontował całe mieszkanie i urządził piękny pokój dziecięcy. Miał wielu przyjaciół, którzy mu w tym pomogli. To rozgrzało już trochę moje serce, ale czułam, że jesteśmy już bliżej siebie, jednak magii nadal brakowało. Bartosz długo walczył o moje uczucia.
Kiedy miał urodzić się nasz syn i powiedziano nam, że lepiej będzie go usunąć, bo wykryto ciężkie wady płodu, spojrzałam mężowi w oczy i zobaczyłam ten sam strach, który on pewnie widział w moich. Oboje kategorycznie odmówiliśmy. Niestety, nasze dziecko zmarło po tygodniu. Bartosz płakał nocą razem ze mną, obejmował mnie i pocieszał, że nasze dziecko pewnie odeszło do lepszego świata. To nas jeszcze bardziej zbliżyło i wtedy pokochałam mojego męża. Z naszego bólu narodziła się miłość.
Potem pojawiły się w naszej rodzinie jeszcze dwie dziewczynki i teraz oboje tworzymy cudowną, ciepłą rodzinę. Kocham do szaleństwa ojca moich dzieci i wiem, że Bóg zesłał mi go po to, żebyśmy razem wychowali również wnuki.

