Chociaż jestem towarzyska, to nie lubię opowiadać o swoich planach i o sobie. Z tego powodu moje kontakty z wieloma przyjaciółkami wyglądają tak, że rozmawiamy głównie o ich życiu, mimo że u mnie dzieje się czasami więcej niż u nich. Nie wiem, czy to dobrze, wydaje mi się, że nie, bo kiedy nie mówię o sobie, dużo osób może myśleć, że mam coś do ukrycia, a tak nie jest. Próbuję to zmienić, ale tak naprawdę jest mi wygodnie za dużo o sobie nie mówić.
Przyjaciółki chętnie się otwierają przede mną i nadają jak katarynki. Ostatnio byłam na kawie z Kasią, a ta gadała non stop o tym, co jej się przydarzyło. Ja bym tak nie mogła, uważam, że to pokazywanie siebie w zbyt dużym stopniu i może się to zdecydowanie w przyszłości obrócić przeciwko nam.
Kłamstwa synowej doprowadziły do tego, że przez syna jestem uważana za oszustkę
Mam więc dylemat, bo z jednej strony chciałabym mieć przyjaciół, którzy będą mi ufać i którym ja będę mogłam ufać i powiedzieć więcej, ale z drugiej strony słuchając tak wiele szczegółów z życia drugiej osoby, mam wrażenie, że po prostu marnuję życie i energię na coś, co tak naprawdę mnie nie interesuje. Nie umiałabym chyba przed drugą osobą aż tak się otworzyć, dla mnie to jakaś abstrakcja. Nie, nie skarżę się na przyjaciół, cieszę się, że ich w ogóle mam, ale nie do końca podzielam formę komunikacji, której używają.
Nie wiem, jak odnaleźć się w tym dylemacie, zrozumieć i zaakceptować siebie oraz znaleźć ten złoty środek w komunikacji. Czy powściągliwość naprawdę jest taka zła i przez nią nie uda mi się zbudować żadnej, szczerej relacji, czy może ja mam jednak rację? A może to ze mną jest coś po prostu nie tak?



