Piszę to z pełną świadomością, że wiele osób mnie nie zrozumie i pewnie skrytykuje.
Przez 20 lat, które spędziłam razem z mężem, nie udało nam się mieć wdzieci. Nie cierpieliśmy jednak z tego powodu, bo czuliśmy, że wystarczamy sobie nawzajem. Władysław dominował w naszym małżeństwie, a ja zawsze zgadzałam się z jego decyzjami.
Nigdy się nie kłóciliśmy i wielu naszych przyjaciół zazdrościło nam niegasnącej miłości. Bardzo więc cierpiałam i płakałam, kiedy pewnego ranka po prostu się nie obudził i odszedł z tego świata. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić – byłam tak przyzwyczajona do tego, że Władek jest obok.
W pierwszym tygodniu po jego śmierci nic mi nie szło – zaczynałam coś, porzucałam to, potem zaczynałam coś następnego i kończyłam z tym samym skutkiem. Tak było w kółko. Przyjaciółka powiedziała mi, że patrząc na mnie serce jej się kraje i zaproponowała wspólną wycieczkę w góry. Bardzo dawno nie byłam w górach, bo Władek nie lubił po nich chodzić, a ja się z tym pogodziłam, choć czasami za nimi tęskniłam.
Uwierzcie mi, ale to właśnie ta wycieczka w góry wyciągnęła mnie z letargu i przywróciła do życia. Czułam się jak nowo narodzona, jakby ktoś zdjął mi kajdany. Już następnej soboty znowu pojechałam w góry. Wcale nie czułam się samotna, wręcz przeciwnie było mi bardzo naprawdę dobrze spacerować wśród natury bez nikogo.
Następnie zapisałam się na kurs tańca latynoskiego. Koleżanki zaczęły plotkować za moimi plecami, że szybko zapomniałam o żałobie, a nawet słyszałam, że nazywają mnie „wesołą wdówkw”. Nie miało sensu tłumaczyć im, że cierpię z powodu straty męża, ale jednocześnie cieszę się wolnością, której smak odkryłam i która bardzo mi się spodobała.
Kolejnym krokiem w moim nowym życiu było rozdanie sąsiadom wszystkich kompotów zgromadzonych w piwnicy, bo nienawidziłam kompotów od dziecka, a Władek je uwielbiał i co roku robiliśmy co najmniej 40 słoików z różnych owoców. Na swoje urodziny zrobiłam sobie prezent i pojechałam na wycieczkę do Wenecji – miasta, do którego Władek nigdy mnie nie zabrał mimo moich próśb. Dla niego podróże zagraniczne były zbędnym wydatkiem.
Pierwszego Sylwestra jako wdowa spędziłam w restauracji. Bawiłam się świetnie, choć sama, a rano wróciłam taksówką.
Władka nie ma już od 5 lat. W tym czasie udało mi się zrobić wszystko, czego nie robiłam, gdy jeszcze był przy mnie. Zaczęłam zajmować się tylko tym, co kocham i co sprawia mi przyjemność, przez co dosłownie odmłodziłam się o co najmniej 10 lat. Wszyscy wokół mnie próbują mnie zeswatać, ale nie mam zamiaru ponownie wychodzić za mąż.
Właśnie odkryłam, jak pięknie jest być samą i nie musieć się z nikim liczyć. Musiałabym być szalona, żeby zrezygnować z tej wolności.

