Przez ostatnie pięć lat żyłam jak w „dniu świstaka”, kiedy każdy kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. W końcu pewnego dnia w porze lunchu pomyślałam, że chciałabym się cofnąć do momentu, kiedy miałam 12 lat. Przypomniałam sobie dzień, w którym byłam naprawdę szczęśliwa. Była to pewna sobota. 12-letnia ja siedziała sobie w domu, a mama upiekła wtedy cynamonki. Kiedy były jeszcze cieplutkie, a ich aromat roznosił się po całym domu, zrobiłyśmy sobie przepyszną herbatę i delektowałyśmy się jej smakiem. W tle leciał w telewizorze nasz ulubiony serial, a my oglądałyśmy go w tak przytulnej atmosferze, ciesząc się wzajemną obecnością, ale też samą chwilą.
Pomyślałam więc, że kiedy przeniosę się do przeszłości, zrobi mi się jakoś lepiej, może w końcu wyrwę się z tej monotonii. Oczywistym było, że nie będzie identycznie tak, jak kiedyś, ale chciałam chociaż spróbować przybliżyć się do tamtej atmosfery, dlatego tydzień temu kupiłam wszystkie niezbędne składniki i wzięłam się za robienie cynamonek. Wyszły prawie tak samo dobre, jak te mamy. Zrobiłam sobie herbatę, taką z cytryną, goździkami i cynamonem, a potem włączyłam sobie serial „Wojna domowa”, który właśnie wtedy oglądałyśmy z mamą. Ktoś sobie pomyśli, że to nic wielkiego, ale ja tak cudownie się czułam! Jakbym cofnęła się w czasie, a ktoś magiczną dłonią zabrał ze mnie cały stres i nerwy.
Tydzień później zrobiłam dokładnie to samo i nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo odmieniło to mój monotonny tydzień. Teraz to stanowi mój cotygodniowy rytuał i robiąc sobie taki powrót do przeszłości, w kończu czuję się szczęśliwa. Wracam do dziecięcych lat, beztroski i wspomnień o mojej mamie. Opowiadam tę historię po to, aby pokazać Wam, że do szczęścia naprawdę wiele nie trzeba. Czasami pyszna herbata i cynamonki oraz książka czy ulubiony serial z dawnych lat potrafią wywołać uśmiech na twarzy i rozjaśnić serce.

