Sama zdecydowałam się na to, by pozwolić odejść Konradowi. I to nie dlatego, że go nie kocham, wręcz przeciwnie. Po prostu zrozumiałam, że jeśli chcę, żeby pewnego dnia wrócił, nie mogę go zatrzymywać na siłę. Zacznijmy jednak tę historię od początku.
Z Konradem poznaliśmy się w zeszłym roku nad morzem. Oboje byliśmy ze swoimi grupami znajomych, które w trakcie pobytu się połączyły, dzięki czemu dni mijały na świetnych imprezach. Konrad nauczył mnie nurkować, tańczyliśmy w świetle ogniska, które co wieczór rozpalaliśmy na plaży. I oczywiście kochaliśmy się na piasku, na skałach, w wodzie, na dnie łodzi… Wszędzie, gdzie tylko mieliśmy ochotę i akurat nie było ludzi.
Potem wróciliśmy do miasta (okazało się, że oboje byliśmy z tego samego) i nasza relacja naturalnie trwała dalej. Ja chodziłam do pracy, a on na zajęcia, bo jeszcze nie skończył studiów. Kiedy się obronił i zaczął pracować, zamieszkaliśmy razem w moim mieszkaniu odziedziczonym przeze mnie po dziadku i wszystko wydawało się idealnie układać. Tak było, ale do momentu, gdy okazało się, że wydajemy znacznie więcej, niż zarabiamy. Rodzice stwierdzili, że powinniśmy radzić sobie sami, skoro prawie się już pobraliśmy i że powinniśmy być odpowiedizalni. Poza tym nie mieli zbyt wielu możliwości finansowych na to, by ciągle nas wspierać.
Wybraliśmy już datę ślubu, planowaliśmy, jak zrobić z wesela zwariowaną i niepowtarzalną imprezę, zaprosić wszystkich naszych przyjaciół i bawić się przez trzy dni i za każdym razem do rana. Mieliśmy świetne pomysły, ale brakowało nam pieniędzy. Myśleliśmy o wzięciu kredytu lub poproszeniu bliskich o pomoc.
Żałuję, że przez 45 lat słuchałam innych i żyłam tak, jak oni chcieli. Zmaronwałam życie
Życie toczyło się dalej – rachunki za mieszkanie się piętrzyły, czasem pod koniec miesiąca nie mieliśmy pieniędzy nawet na papierosy i kawę, nie mówiąc już o jedzeniu. W pewnym momencie zauważyłam, że Konrad coraz bardziej się zamyka w sobie. Mało mówił, a moje słowa do niego nie docierały. Zaczęłam go obserwować – kiedy byliśmy z przyjaciółmi, śmiał się, ale gdy wracaliśmy do domu i zostawaliśmy sami, stawał się ponury i przygnębiony. Nawet nasza miłość nie była już taka sama. Kilka razy zasugerował, że może powinniśmy odłożyć ślub…
Innym razem wspomniał, że raczej nie spełni swojego największego marzenia, jakim jest podróż dookoła świata. Sama rozumiałam, co się dzieje, ale postanowiłam porozmawiać z przyjaciółką mojej mamy, która z zawodu jest psychoterapeutką. Potwierdziła moje obawy – Konrad nie był gotowy na małżeństwo. Jeszcze nie dorósł do odpowiedzialności, która na niego spadła.
Każdy wie, że mężczyźni z zasady zawsze trochę pozostają dziećmi, ale on najwyraźniej nie był w stanie dorosnąć, przynajmniej nie w tym momencie. Wieczorem wróciłam do domu i powiedziałam Konradowi, że rezygnuję ze ślubu, że chcę odłożyć zawarcie małżeństwa na później i ogólnie zrobić krok wstecz – znowu być parą, ale tylko tyle, nic więcej. I żeby było nam łatwiej zaproponowałam mu, żebyśmy przez jakiś czas nie mieszkali razem. Poczułam, że kamień spadł mu z serca. Powtarzał, że mnie kocha, długo mnie przytulał i całował.
Następnego ranka Konrad spakował swoje rzeczy i odszedł. Nie zatrzymałam go, nawet nie powiedziałam mu, że jestem w ciąży. Zdecydowałam, że jeśli naprawdę mnie kocha, pewnego dnia wróci do mnie, może kiedy dorośnie!
Pewnie niektórzy z was będą mnie krytykować, ale nie chcę miłości na siłę. Wtedy szybko by się wypaliła i w końcu umarła, a ja wolę, żeby pozostała w naszych sercach i żebyśmy dali jej drugą szansę.



