Pomimo tego, że mam 60 lat, cały czas prowadzę bardzo aktywny tryb życia. Uprawiam sport, jeżdżę od czasu do czasu do sanatorium, a także z moimi przyjaciółkami robimy sobie weekendowe wycieczki do innych miast. Jestem na emeryturze i nie mam za wielu obowiązków, więc czemu miałabym sobie na to nie pozwolić? Jestem rozwódką, dzieci mam już dorosłe, które mają własne rodziny, a ja w końcu mam czas, by zadbać o siebie.
Mam dwóch synów i oboje z nich mieszkają na dwóch krańcach polski, tylko córkę mam najbliżej, bo blok dalej. Zajmuję sama duże mieszkanie i wcześniej nawet proponowałam córce z zięciem, aby zamieszkali ze mną, ale onie nie chcieli. Kupili mieszkanie, ale niestety raty kredytu były zbyt duże, więc je wynajęli, więc teraz mieszkają na piętrze domu rodziców zięcia.
Nie chcę się wtrącać w życie swoich dzieci, więc nie odwiedzam ich jakoś bardzo często, niech mają swoje życie. Najczęściej wolny czas spędzam tak, że umawiam się z przyjaciółkami na mieście albo właśnie gdzieś wyjeżdżamy. Kiedy wyjeżdżam, daję klucze do mieszkania zięciowi aby podlał kwiaty i po prostu go pilnował. Zięć pracuje z domu, więc jest mu dużo łatwiej wpaść do mojego mieszkania w każdej chwili, dlatego to jemu daję klucze, a nie córce.
Tak robiłam aż do niedawna. Były święta i byłam do nich zaproszona na wigilię. Nagle na stole zauważyłam cukiernicę bardzo podobną do mojej. To jednak był kiedyś bardzo popularny kształtr i wzór, więc przemilczałam temat. Później zobaczyłam salaterkę taką samą, jak moja.
Po powrocie do domu natychmiast sprawdziłam, czy może coś mi się nie wydawało, ale niestety – naczyń nie było. Wściekłam się na zięcia, bo mu ufałam. Zadzwoniłam do mojej córki, aby jej o wszystkim powiedzieć, a ona odrzekła, że mąż mówił jej, że kupił te rzeczy na pchlim targu i chciał jej zrobić przyjemność, bo wiedział, że jej się spodoba. Co za bezczelny kłamca, a do tego złodziej! Już nigdy mu nie zaufam i nie poproszę o pomoc.



