Półtora miesiąca temu podjęłam nową pracę w małej firmie.
Zanim przejdę do dalszej części historii, powiem kilka słów o swoim szefie. To mężczyzna bliżej czterdziestki, który jest bardzo gruby, w dodatku ciągle się poci. Nie powiedziałabym, że jest atrakcyjny, dla mnie wygląda raczej odpychająco. Wygląd jednak w pracy mi nie przeszkadza, przecież nie szukam sobie tutaj faceta. Jest wobec mnie w porządku, i w ogóle praca mi odpowiada. Mam minimalny kontakt z zespołem, a szef nie zleca mi jakiś bzdur do zrobienia. Wykonywałam swoją pracę w 3-4 godziny, a potem siedziałam i zajmowałam się swoimi rzeczami.
Kilka dni po moim rozpoczęciu pracy w nowej firmie w sieci społecznościowej napisała do mnie pewna kobieta. Po nazwisku zrozumiałam, że to żona szefa. Zapytała, jak mi idzie, jak się mam i ogólnie to była taka pusta gadka… O wszystkim i o niczym.
Dzień po tej rozmowie żona szefa przyszła do jego firmy, a potem przyszła do mnie, żeby „poznać mnie nie bliżej”. Okazało się, że to bardzo nieprzyjemna kobieta.
W porze przerwy obiadowej znajome z pracy pytały, czego chciała ode mnie „smoczyca” (tak nazywano tutaj żonę szefa). Powiedziałam, że przyszła się poznać.
Okazało się, że zawsze to robi, gdy jej mąż zatrudnia jakąś nową pracownicę. Żona szefa jest bardzo zazdrosna i przeżywa zatrudnienie wszystkich kobiet, z którymi jej mąż mógłby kręcić. Zagrożeniem są dla niej kobiety do 30 roku życia, szczupłe, dobrze wyglądające. Kiedy jakaś wydawała jej się zbyt podejrzana, albo upatrywała w niej zbyt dużą konkurencję, nakazywała mężowi zwolnić daną kobietę i takim sposobem trzy dziewczyny straciły już pracę tylko przez zazdrość żony szefa. Urządza mężowi takie piekło w domu, pełne awantur i wyzwisk, że on woli mieć spokój i kogoś zwolnić, niż to przeżywać.
Najwyraźniej musiała osobiście sprawdzić i ocenić jak dużą konkurencją jestem. Najgorsze jest to, że ciągle mnie wszędzie obserwuje – nawet zaczęła mnie obserwować na instagramie!
Ech, paranoja!..
