Nigdy nie myślałem, że będę komuś o tym mówić, a jednak. Jeśli nie wyrzucę tego z siebie jak najszybciej, to chyba zaraz zwariuję.
Mam 37 lat i jestem żonaty od 5 lat. Tak, dość późno wziąłem ślub, ale wcześniej bardzo dużo pracowałem i skupiałem się przede wszystkim na budowaniu kariery. Moja żona jest o rok młodsza ode mnie. Nie mamy dzieci, chociaż bym bardzo chciał. Żona na początku pracowała, ale potem już jej się nie chciało. Uznała, że jest zmęczona i musi zrobić sobie chwilę przerwy. Szkoda tylko, że ta chwila cały czas się przedłuża. Ja jestem urzędnikiem państwowym, a żona obecnie próbuje stworzyć swój biznes. Dałem jej w tym celu nawet trochę pieniędzy, bo przecieź żeby coś zarobić, najpierw trzeba zainwestować, a ona nie miała już żadnych oszczędności.
Pół roku temu nagle usłyszałem od żony, że ona potrzebuje wolności! Byłem zszokowany i zapytałem, o jaką wolność jej chodzi, bo przecież w żaden sposób jej nie ograniczam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ona odrzekła, że potrzebuje każdego rodzaju wolności – finansowej, osobistej, no naprawdę chciała mieć swobodę w każdej dziedzinie życia. Myślałem, że może kogoś ma i nawet zapytałem ją o to, ale ona kategorycznie zaprzeczyła. Na wszelki wypadek sprawdziłem ją i faktycznie – nie miała żadnego kochanka. Zapytałem więc, jak sobie to wszystko dalej wyobraża. Odpowiedziała, że dla niej to wszystko jest proste i jasne. Chce żyć sama, swoim życiem, nie polegać na mnie. Powodem tego jest to, że małżonkowie powinni robić wszystko razem i jeśli jedno z ich zaczyna rozkręcać biznes, to drugie też powinno się w to angażować. Ja miałem swoją pracę i według niej niewystarczająco ją wspierałem. Miałem też inne zainteresowania, a mąż i żona powinni być nierozłączni, więc dla niej to nie ma sensu.
Zapytałem ją więc, jak widzi nas związek dalej, ale ona sama nie wie. Mieszkamy wciąż w moim mieszkaniu, ale jesteśmy już bardziej jak współlokatorzy, a nie mąż i żona. Tak naprawdę rozmawiamy tylko o tym, co trzeba kiedy zapłacić i to wszystko. Mówi, że teraz trochę się przemęczymy, potem odłoży trochę pieniędzy i ode mnie odejdzie. Zajmuje się sobą, a ja nie potrafię się na niczym skupić. Na początku chciałem wszystko skończyć, rozwieść się i zacząć życie od nowa, ale naprawdę chciałbym dalej z nią być.
Zawsze byłem rodzinny, mimo że sam nas do tej pory utrzymywałem i dbałem o nasz dobrobyt, to nigdy mi to nie przeszkadzało. Żonie wystarczyła perspektywa zarobku większej kwoty pieniędzy i nagle nie jestem już jej potrzebny. A ja chcę rodziny, chciałbym dzieci. Czy to można jeszcze jakoś uratować?



