Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka z irytacją patrzyła na Tępkę, który bez sensu podskakiwał p…

Znowu się oblizuje! Damian, zabierz go!
Zosia z irytacją patrzyła na Fafika, który niezgrabnie podskakiwał u jej nóg. Jak to się stało, że trafili na takiego roztrzepańca? Tak długo się zastanawiali, wybierali rasę, radzili się kynologów. Wiedzieli, jakie to odpowiedzialne. W końcu zdecydowali się na owczarka niemieckiego wiernego przyjaciela, stróża i obrońcę w jednym. Jak szampon trzy w jednym. Tylko tego obrońcę trzeba czasem chronić przed kotami.
Przecież on jeszcze mały, spokojnie powiedział Damian. Zobaczysz, jak podrośnie!
No jasne. Już nie mogę się doczekać, kiedy ten koń zrobi się większy niż my. Widziałeś ile on je? Jak my go utrzymamy? I nie tup tak, bo Kuba się obudzi! marudziła Zosia, zbierając buty, które Fafik porozrzucał po korytarzu.

Mieszkali przy ulicy Mickiewicza w Warszawie, na pierwszym piętrze starej, poniemieckiej kamienicy. Okna mieli nisko, niemal wpuszczone w asfalt. Świetne miejsce do życia, gdyby nie jedno ale. Ich okna wychodziły na ślepy zaułek podwórka, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się mężczyźni na pogawędki, a czasem wybuchały bójki.

Prawie cały dzień Zosia była sama z nowonarodzoną Jagódką. Damian rano wychodził do pracy pracował jako historyk sztuki w Muzeum Narodowym, a resztę czasu spędzał na targach staroci i w antykwariatach. Dzięki wprawnemu oku potrafił wyławiać prawdziwe perełki: obrazy, rzadkie książki czy zabytkowe naczynia. Damian był zapalonym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie uzbierała się spora kolekcja obrazów, a w starym kredensie z lat sześćdziesiątych błyszczały talerze z Ćmielowa, figurki z czasów PRL-u i srebro z początku XX wieku. Zosia niepokoiła się, że zostaje z tym wszystkim i małym dzieckiem sama, a przecież w ich kamienicy nie raz już doszło do włamania.

Zosiu, jak myślisz, kiedy z Fafikiem lepiej wyjść? Teraz, czy po obiedzie?
Nie wiem. I powiem ci szczerze psa to nie mój interes!

Usłyszawszy magiczne na spacer, Fafik popędził jak wariat do przedpokoju, aż go wyniosło na zakręcie, schwycił smycz i wrócił podskakując aż pod sufit. No, koń, nie pies! Wszystkich kocha, wszystkich wita, każdemu przynosi piłeczkę, tylko gości na próg nie wpuszcza. Ot, dusza otwarta, chłop jak z żurnala, ale przecież miał być obrońcą! A on nawet za kotami nie lata, tylko biegnie do nich z piłką w pysku z nadzieją na zabawę. No i dostał już kilka razy po nosie. Koty z ich podwórka to niezłe twardziele takich to brać do obrony! Jutro znowu cały dzień sama. Damian wyjeżdża do Kazimierza Dolnego na Święto Sztuki, a ona co? Pilnować fajansów i z tym uchem na spacery chodzić. Jakby miała za mało zmartwień

O świcie Damian wstał cicho, żeby nie zbudzić żony. A gdzie tam! Zosia słyszała czajnik w kuchni, brzęk smyczy, jak Damian syczał na Fafika, żeby nie piszczał i nie tupał. Przy tych odgłosach niemal zasnęła, a gdy obudziła ją córka, Damiana już nie było. Dzień zaczął się jak zwykle spokojnie, domowo. Czyż to nie szczęście? Koleżanki wzdychały: Ach, Zosia, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozrywasz się między mężem a dzieckiem, cały dzień przy garach, życie cię wciągnęło Ale czy w codzienności nie ma uroku? Może nie wszystko się ułożyło tak, jak marzyła. Czuła zmęczenie z powodu częstych nieobecności męża, ciasnoty mieszkania, braków finansowych. I ta jego pasja, która pochłaniała tyle pieniędzy Teraz jeszcze tego uszatego przyjaciela sprowadził, a zajmować się nim musi Zosia. Ale wiedziała: swoich trzeba kochać z ich przywarami i zaletami. Nikt nie obiecywał jej ideału Z tą prostą prawdą w sercu uspokoiła się i postanowiła cieszyć się tym, co ma, zamiast żałować tego, czego brakuje.

Siedziała w pokoju dziecinnym i karmiła córkę, która zasypiała przy piersi, więc trzeba było poczekać, aż się obudzi i znów zacznie jeść. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale Zosia nie otworzyła nie spodziewała się nikogo, a bez zapowiedzi nikt przez całą Warszawę nie przyjedzie. Uwielbiała cenne, spokojne poranne godziny! W domu cicho, tylko tykają stare zegary w przedpokoju, a przez uchylone okno wpada znajomy miejski szum: brzęczenie tramwajów, mruczenie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie Fafik? Dawno się nie pokazywał, dziwne. Jasne, żaden z niego uszatek, uszy sterczą jak trzeba, to charakter taki. Roztrzepaniec, co tu dużo mówić. Teraz mieszkaj z nim, karm, wyprowadzaj, a pożytku żadnego. Lepiej była wzięła jamnika.

Zosia wsłuchiwała się w miękki oddech córki, która po nakarmieniu błogo odpłynęła. Złotko moje, szeptała Zosia, odkładając ją do łóżeczka. Rośnij sobie… Cóż nam więcej trzeba?

W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk coś między trzaskiem a piskiem. Zosia wyostrzyła słuch. Trzask się powtórzył. Zatrzymała oddech, zdjęła kapcie i po cichu weszła do salonu. Najpierw zaniepokoiła ją postawa Fafika: jakby ukrywał się za zasłonką oddzielającą przedpokój od pokoju. Przyczajony na czterech łapach, wyciągnął język i bacznie wpatrywał się w głąb mieszkania. Zosia śledziła jego wzrok i aż ją zatkało. W oknie, a dokładnie w uchylonej lufciku, tkwiła połowa faceta. Typowo bandycka łysa głowa, ręce i ramiona już w pokoju, a mężczyzna sapiąc przepychał się przez wąski otwór. Zosia nie wierzyła własnym oczom. To się nie dzieje naprawdę! Co robić? Krzyknąć? Facet już prawie w domu! Jeszcze chwila

Wtedy wydarzył się cud. Ciemna sylwetka rzuciła się na okno nie od razu poznała, że to Fafik. Skoczył na parapet i chwycił złodzieja za kołnierz! Auu! wrzasnął facet niskim, zachrypniętym głosem, oczy wyszły mu na wierzch. Zosia wybiegła na klatkę schodową, przywołała sąsiadów, a dalej poszło już z górki. Zbiegli się ludzie, zadzwonili po policję. Każdy chciał pomóc, choć najważniejsze było samo bycie razem. Co by zrobiła, gdyby była sama? Przezwyciężając strach, podeszła do złodzieja byleby Fafik nie przegryzł mu gardła. Tego by brakowało! Ale Fafik mądrze trzymał za kołnierz, mocno, ale ostrożnie. Nawet kropelki krwi! Gdy bandyta szamotał się w próbie ucieczki, Fafik zaciskał mocniej szczęki. Gdy łobuz odpuszczał, pies rozluźniał uchwyt. Skąd on to wszystko wiedział? Ten fajtłapa z piłeczką zachował się jak zawodowiec. Usłyszał hałas, ale nie szczekał, tylko zasadził się za zasłonką i obserwował sytuację. Wpuścił złodzieja do połowy, żeby się utknął, a potem zaatakował jak trzeba trzymał pewnie, ale niegroźnie. Tak, jak mówi policja: nasze zadanie to zatrzymać, a resztą niech się zajmie sąd.

Nawet starzy, doświadczeni policjanci nie pamiętali, żeby złodziej cieszył się tak z aresztowania. Facet drżał w psich zębach i aż był wdzięczny, że już po wszystkim, ale pies postanowił jeszcze trochę poudawać groźnego. Tak się wczuł w rolę, tak był dumny ze swojej zdobyczy, że musieli długo go przekonywać, zanim nie przyjechał oficer treser z policji. Dał komendę i Fafik puścił łobuza! Wyszczerzył zęby, zasiadł na parapecie i patrzył oddanie na oficera, gotów na kolejne rozkazy. Brakowało tylko, żeby zameldował się na baczność.

Macie szczęście do psa pochwalił oficer, głaszcząc Fafika po karku. Nam by się taki przydał w dochodzeniówce…

Damian wrócił późnym wieczorem. Cicho otworzył drzwi i aż zamarł w progu. Nic dziwnego. Po pierwsze: Fafik leżał na kanapie, choć było surowo zabronione i nigdy nie wolno mu tam wchodzić. Po drugie: leżał na cztery łapy, rozwalony w najwygodniejszej i prawie nieprzyzwoitej pozie, a Zosia drapała go po brzuchu, tuliła, głaskała i ledwo go w nos nie całowała, mówiąc czule: Moja radości, koniku mały, rośnij zdrowo! Dla radości taty i mamy! A jaka ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, nie gniewaj się…

Tę historię opowiedział mi kiedyś sam Damian przy okazji Święta Sztuki w Kazimierzu Dolnym. Gdyby opowiadał Fafik, byłoby to pewnie jeszcze bardziej emocjonujące: jak śledził, jak złapał, jak oddał złodzieja policji. Minęło już sporo czasu, ale ta opowieść żyje we wspomnieniach. Czuję, jakby sam Fafik łapką pukał, by opisać ją dla was. I wiecie, życie uczy nas, że nawet ktoś, o kim na początku nie mamy najlepszego zdania, może okazać się naszym najlepszym obrońcą i przyjacielem. Wystarczy tylko zaufać.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × 5 =

Znowu się liże! Maks, zabierz go! Nastka z irytacją patrzyła na Tępkę, który bez sensu podskakiwał p…