Beata od trzech tygodni mieszkała u swojej matki w Radomiu. Stara pani Halina złamała szyjkę kości udowej, wracając z targu, i lekarze kazali jej leżeć bez ruchu przynajmniej miesiąc. Beata spakowała walizkę, zostawiła w Łodzi swojego męża Marcina i pojechała opiekować się matką — zmieniała opatrunki, gotowała rosół, wieczorami oglądały razem powtórki jakiegoś serialu, bo telewizor w pokoju matki inaczej nie działał, tylko na kanałach z dawna zaprogramowanych przez ojca, którego już od ośmiu lat nie było.
Codziennie wieczorem, około dwudziestej pierwszej, dzwoniła do Marcina. Pytała, czy jadł, czy pies sąsiadów znowu szczekał całą noc pod oknem, czy pamiętał zapłacić czynsz za mieszkanie na Piotrkowskiej. On zawsze odpowiadał to samo — że strasznie tęskni, że liczy dni, że mieszkanie bez niej jest jak poczekalnia. Beata wierzyła. Nie miała powodu, żeby nie wierzyć — jedenaście lat małżeństwa, żadnej wcześniejszej afery, żadnego podejrzenia.
W czwartek, ósmego dnia miesiąca, stan matki poprawił się na tyle, że przyjechała jej siostra Grażyna z Piotrkowa Trybunalskiego i zgodziła się zostać na dłużej, przynajmniej do czasu, aż matka zacznie sama wstawać. Beata odetchnęła po raz pierwszy od trzech tygodni i postanowiła zrobić Marcinowi niespodziankę — wsiąść w pociąg do Łodzi na jedną dobę, zanim on się zorientuje. Po drodze z dworca Łódź Fabryczna wstąpiła do cukierni przy Piotrkowskiej po sernik z rodzynkami, bo to on zawsze zamawiał na urodziny. Niosła go ostrożnie, jak coś kruchego, i wyobrażała sobie jego minę w progu.
Winda w kamienicy znowu nie działała — jak zwykle zresztą, od remontu klatki w zeszłym roku nikt jej porządnie nie naprawił. Beata weszła po schodach na trzecie piętro, zdyszana, z pudełkiem ciasta pod pachą. Otworzyła drzwi swoim kluczem. I zamarła.
W przedpokoju stały damskie botki, których nigdy wcześniej nie widziała — czerwone, na obcasie, zupełnie nie w jej stylu. Na wieszaku wisiała cudza kurtka, pachnąca jakimiś słodkimi perfumami, których zapach wypełniał cały korytarz, mieszając się z wonią zapiekanego sernika, który wciąż trzymała w rękach. W mieszkaniu panowała absolutna cisza, a z telewizora w salonie leciał bezgłośnie program o remontach — Marcin zawsze go zostawiał włączony, kiedy zapominał wyłączyć.
Postawiła pudełko na komodzie w korytarzu, obok kluczy i rachunku za prąd, którego jeszcze nie zapłacił. Podeszła do drzwi sypialni. Klamka ustąpiła bez skrzypnięcia — dobrze, że w zeszłym roku Marcin ją naoliwił, jak zawsze robił rzeczy w połowie, ale tę akurat zrobił porządnie.
Leżeli oboje w ich wspólnym łóżku, pod kołdrą, którą Beata kupiła dwa lata temu na wyprzedaży w Sinsay. Marcin miał rękę przerzuconą przez ramiona jakiejś młodej kobiety o farbowanych na blond włosach. Nie usłyszeli, jak weszła. Stała tam może dziesięć, może piętnaście sekund, licząc w myślach kafelki na podłodze, żeby nie krzyczeć.
Wyszła po cichu, zamknęła drzwi, poszła do łazienki. Tam, przy wannie, stało wiadro z brudną wodą po myciu balkonu — od rana leżały w nim szmaty, bo rano miała wrócić do sprzątania po zimie, zanim wyjechała do matki, i tak zostało. Woda była szara, cuchnęła kurzem i mydłem. Wzięła wiadro oburącz, wróciła do sypialni i bez słowa wylała całą zawartość na śpiącą parę.
Oboje zerwali się z krzykiem, kaszląc, ocierając twarze rękawem kołdry.
— Zwariowałaś?! — wrzasnął Marcin, próbując wstać, zaplątany w mokrą pościel.
Kobieta obok niego tylko piszczała, szukając czegoś do ubrania.
Beata postawiła puste wiadro na podłodze. Nie krzyczała, nie płakała. Patrzyła na nich obojga tak, jakby oglądała coś w telewizji — z dystansu, prawie z ciekawością.
— Ubierzcie się — powiedziała tylko. — I zbierz swoje rzeczy, bo za chwilę wychodzisz.
Kobieta, jak się okazało — miała na imię Aneta i pracowała w tej samej firmie co Marcin, w dziale sprzedaży — zaczęła się ubierać w pośpiechu, unikając wzroku Beaty, i wyszła bez słowa, zabierając ze sobą tylko czerwone botki i kurtkę. Marcin nie zrozumiał do końca, co się dzieje, dopóki nie zobaczył, że Beata idzie do gabinetu.
Tam stało biurko z laptopem. Wyjęła z szuflady teczkę z dokumentami — tę samą, w której od trzech lat trzymali akt notarialny mieszkania. Bo mieszkanie na Piotrkowskiej było kupione za pieniądze ze sprzedaży mieszkania po jej babci w Skierniewicach, a Marcin dopisał się do własności dopiero rok po ślubie, "żeby było sprawiedliwie", jak wtedy powiedział. Po kłótni o remont łazienki, dwa lata temu, Beata poszła wtedy do prawniczki z ciekawości, bez zamiaru niczego robić — chciała tylko wiedzieć, na czym stoi. Prawniczka wyjaśniła jej wtedy dokładnie, co mówi zapis o nakładach własnych. Beata schowała tę wiedzę głęboko, jak coś, czego nigdy nie będzie potrzebować.
Zadzwoniła do znajomej z liceum, Doroty, która od dziesięciu lat pracowała jako notariuszka przy ulicy Sienkiewicza. Nie prosiła o przysługę — po prostu spytała, czy może w trybie pilnym umówić się na rozmowę w sprawie zniesienia współwłasności. Dorota, słysząc głos Beaty, od razu zrozumiała, że coś się stało, i obiecała przyjąć ją jeszcze tego samego popołudnia.
Kiedy Marcin, już w suchych spodniach, próbował coś tłumaczyć — że to nic nie znaczyło, że Aneta akurat była w kryzysie po rozwodzie i "tak jakoś wyszło" — Beata w ogóle go nie słuchała. Otworzyła szafę, wyjęła jego walizkę, tę samą, z którą jeździł na delegacje do Wrocławia, i zaczęła pakować jego rzeczy: koszule, ładowarkę, tabletki na ciśnienie, które brał od dwóch lat.
— Masz tydzień, żeby znaleźć sobie inne miejsce — powiedziała, kładąc walizkę przy drzwiach. — Za dwa tygodnie, w piątek, idziemy do notariusza. Mieszkanie wraca na mnie w całości, bo to ja je kupiłam, a ty je tylko dopisałeś sobie do papierów.
Marcin próbował się kłócić, mówił coś o wspólnym majątku, o tym, że mu się to prawnie należy. Beata tylko wskazała na teczkę leżącą na stole.
— Zadzwoń do swojego adwokata. Niech przeczyta akt notarialny z dwa tysiące piętnastego roku, paragraf o nakładach własnych. Dorota już go kopiuje.
Dwa tygodnie później, w piątek po południu, Beata siedziała w kancelarii przy Sienkiewicza, podpisując dokumenty zniesienia współwłasności. Marcin przyszedł z prawnikiem, wynajętym na szybko, blady, z podkrążonymi oczami — jak się później dowiedziała od wspólnych znajomych, Aneta zniknęła z jego życia równie szybko, jak się w nim pojawiła, gdy dowiedziała się, że mieszkania jednak nie będzie. Podpisał wszystko bez większego oporu. Sto dwadzieścia tysięcy złotych spłaty za wkład, który rzeczywiście włożył w remont kuchni trzy lata temu — tyle ustaliła rzeczoznawczyni, i tyle Beata przelała mu jednym przelewem następnego dnia, żeby sprawa była zamknięta raz na zawsze.
Wracając tramwajem numer 6 przez most Piłsudskiego, wysiadła dwa przystanki wcześniej i poszła piechotą do sklepu ślusarskiego na rogu Narutowicza. Zamówiła nowy zamek do drzwi na Piotrkowskiej — taki z dodatkową wkładką, żeby żadna kopia klucza już nie pasowała. Zapłaciła gotówką, wzięła paragon i schowała go do tej samej teczki, w której wcześniej leżał akt notarialny.
Tego samego wieczoru pojechała do Radomia — matka od tygodnia czekała, aż Beata wróci na dłużej, a ciotka Grażyna miała już bilet powrotny do Piotrkowa. Usiadła przy łóżku matki i opowiedziała jej wszystko po kolei, bez pomijania żadnego szczegółu — o botkach w przedpokoju, o wiadrze z brudną wodą, o nowym zamku. Matka słuchała w milczeniu, gładząc dłonią brzeg kołdry, a potem powiedziała tylko: "Dobrze zrobiłaś, że wzięłaś to wiadro, a nie nóż z kuchni".
Beata roześmiała się wtedy pierwszy raz od trzech tygodni, aż do łez, które w końcu popłynęły — nie ze smutku, tylko z ulgi. Wieczorem, już w swoim starym pokoju, wyjęła z torby ostatni kawałek sernika z rodzynkami, który zawinęła w serwetkę jeszcze w Łodzi, i zjadła go powoli, siedząc na parapecie, z telefonem wyłączonym na kołdrze obok, patrząc na ciemne okna sąsiedniej kamienicy, w których migotało tylko jedno światło — u kogoś, kto najwyraźniej też nie mógł spać tej nocy z jakiegoś swojego powodu.



