Nazywam się Wojciech i pracuję jako kierowca u Krzysztofa Malinowskiego od jedenastu lat. Widziałem tamten wieczór z drugiego rzędu krzeseł, przy ścianie, tam gdzie stoi obsługa, kiedy szef nie potrzebuje mnie za kółkiem. Miałem akurat kończyć zmianę o dwudziestej drugiej, żona czekała z kolacją, a ja stałem i patrzyłem, jak dziesięć kobiet w sukienkach wartych tyle co mój samochód próbuje przypodobać się czterolatkowi.
Krzysztof prowadził firmę transportową w Katowicach, która — tak przynajmniej szeptano w mieście — obsługiwała więcej niż tylko legalny towar. Miał ochronę, adwokata na telefon o każdej porze i ludzi, którzy spuszczali wzrok, kiedy wchodził do restauracji. Ale od śmierci żony, Anny, zmarłej przy porodzie syna, Krzysztof sam wychowywał małego Antka. I to właśnie z powodu Antka rodzina zaczęła naciskać, żeby się ożenił.
Tamtego wieczoru w rezydencji na Ligocie zorganizowano coś w rodzaju przeglądu kandydatek. Córki biznesmenów, dwie modelki z Warszawy, siostrzenica prezesa jednej z krakowskich spółek budowlanych. Krzysztof postawił sprawę jasno na progu salonu:
— Dziś nie ja wybieram. Wybierze Antek.
Kobiety uśmiechały się do siebie, jakby to był żart, ale każda z nich wiedziała, że to jedyna droga do jego portfela. Zaczęły się schylać przy chłopcu, obiecywać zabawki, wycieczki do parku wodnego w Chorzowie, lody na Rynku. Antek słuchał tego wszystkiego z twarzą, jakby ktoś czytał mu instrukcję obsługi pralki.
Ja tymczasem obserwowałem Dorotę. Zatrudniono ją na tę jedną noc do pomocy w kuchni i przy szatni — miała podać płaszcze, sprzątnąć kieliszki. Stała pod oknem, w prostej szarej sukience, o głowę szersza w ramionach niż reszta tych wypielęgnowanych kobiet, i wyglądała, jakby chciała się zapaść pod podłogę. Nie wiedziałem wtedy, że to ona zajmowała się Antkiem w żłobku przy ulicy Kościuszki, kiedy Krzysztof wysyłał go tam na kilka godzin dziennie, bo nie miał z kim go zostawić. Nie wiedziałem, bo szef nigdy o tym nie mówił — traktował to jako coś wstydliwego, jakby przyznanie się, że oddaje syna do zwykłego żłobka, umniejszało go w oczach ludzi.
Antek szedł od jednej kandydatki do drugiej, prawie nie reagując. Aż zatrzymał się przy oknie. Puścił rękę ojca, podszedł do Doroty i patrzył jej prosto w oczy przez dobrą chwilę. Ona powiedziała cicho „cześć", ale on się nie odezwał. Potem odwrócił się do Krzysztofa, wskazał palcem i powiedział z powagą, jakiej nie miewają czterolatki:
— To jest moja mama.
W salonie zapadła cisza, jaką pamiętam do dziś, bo nawet lód w szklankach przestał dzwonić. Któraś z modelek parsknęła śmiechem. Krzysztof zbladł.
— Antek, co ty mówisz? Twoja mama nie żyje.
Chłopiec nie zamierzał ustąpić. Podszedł jeszcze bliżej Doroty, wyciągnął rączkę i pociągnął ją za rękaw sukienki w stronę ojca. A potem sięgnął do kieszonki swoich spodenek — tych na szelkach, które Dorota sama mu tego popołudnia zapinała w żłobku — i wyjął z niej złożoną kartkę papieru. Rozwinął ją niezdarnie i podał ojcu. To była kredka narysowana laurka sprzed trzech tygodni: on, Dorota i napis wielkimi, krzywymi literami „MAMA D." Wychowawczyni w żłobku kazała dzieciom narysować rodzinę, a Antek narysował jedyną osobę, która przychodziła po niego codziennie, tuliła, kiedy płakał, i pilnowała, żeby zjadł obiad.
Krzysztof trzymał tę kartkę i milczał chyba z pół minuty. Widziałem, jak zaciska szczękę. Odłożył kieliszek na tacę, którą akurat obnosiłem, i podszedł do Doroty.
— Pani stąd zna mojego syna?
Dorota, czerwona po same uszy, wytłumaczyła, że pracuje w żłobku przy Kościuszki od dwóch lat, że Antek trafił do niej pół roku temu, że nikt nigdy nie pytał, dlaczego chłopiec zawsze czeka pod drzwiami, aż ona skończy zmianę, zamiast biec do kierowcy, który po niego przyjeżdżał. Powiedziała, że nie wiedziała, iż to ten sam dom, do którego przyjechała dziś pomóc w kuchni przez agencję.
Reszta kobiet zaczęła się zbierać do wyjścia, nikt już nie udawał zainteresowania. Krzysztof kazał mi odwieźć wszystkie taksówkami, a sam usiadł z Antkiem i Dorotą przy stole w kuchni, tam gdzie zwykle jadał personel, nie w wielkim salonie. Siedziałem w korytarzu, bo miał do mnie jeszcze zlecenie na jutro, i słyszałem strzępki rozmowy — pytał ją o pracę, o to, ile zarabia, czy ma rodzinę we Wrocławiu, skąd pochodziła.
Minęło od tamtego wieczoru osiem miesięcy. Dorota nadal pracuje w żłobku, ale teraz przyjeżdża do Antka trzy razy w tygodniu po godzinach, sama, swoim starym oplem corsa, bez agencji i bez pieniędzy Krzysztofa. On zaproponował jej pensję za „opiekę popołudniową", a ona odmówiła — powiedziała, że przychodzi, bo chce, a nie dlatego, że jej się płaci. Krzysztof w końcu to zrozumiał i przestał nalegać.
Tydzień temu woziłem go do notariusza przy placu Wolności. Zmieniał testament — nie w sprawie majątku, tylko dopisywał Dorotę jako osobę uprawnioną do decydowania o Antku, gdyby jemu samemu coś się stało. Widziałem, jak wychodzi z kancelarii z żółtą kopertą pod pachą i po raz pierwszy od śmierci Anny uśmiecha się tak, że to widać w oczach, nie tylko w kącikach ust.
Nie wiem, czy się kiedyś pobiorą. Nie moja sprawa, nie pytam. Wiem tylko, że w zeszły piątek, kiedy odbierałem Antka spod żłobka, chłopiec wsiadł do auta z tą samą laurką, teraz oprawioną w ramkę, i powiedział mi z tylnego siedzenia, zupełnie spokojnie, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie:
— Jedziemy po mamę.



