Ziemię wyrównał, Marcinie zrobił rabaty dla kwiatów, postawił altankę. W domu też czuło się silną, m…

Ziemię wyrównałem. Stworzyłem Zofii grządki na kwiaty. Postawiłem altanę. W domu również dało się odczuć silną, męską rękę. Nie, Zofia dobrze wybrała sobie męża. Naprawdę dobrze. A do tego jeszcze zarabiałem pieniądze, próbowałem ją zaskoczyć prezentami.

Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem…

Nie zostawię! powiedziała Zofia, obejmując mnie. Jesteś najlepszym mężem! Nigdy cię nie zostawię…

Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Samopoczucie miałem kiepskie…

Zofia była żoną przez dwadzieścia pięć lat, a przez cały ten czas nadal podobała się mężczyznom. Już w młodości była jedną z najbardziej pożądanych dziewczyn.

A nawet wcześniej w podstawówce niemal wszyscy chłopcy biegali za Zofią. A przy tym wcale nie była typową pięknością.

A jednak nie rozwiodła się z pierwszym mężem, chociaż był osobą o dość trudnym charakterze.

Zofia była przy Władysławie do końca jego życia. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przesyłali ładne zdjęcia i zapraszali w odwiedziny. Ale z Władkiem się nie zebrali… Może Zofia jeszcze kiedyś pojedzie. A Władek już nie.

Władek zginął w wypadku samochodowym. Tak bezsensownie… właściwie powiedziano Zofii później, że pewnie źle się poczuł za kierownicą. Serce, stracił panowanie nad autem.

Może zemdlał? zapytała Zofia.

Tego już się nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, lekarka Przyczyna: rozległe obrażenia, nie do przeżycia.

Zofia była w szoku. Przyjaciółka Elżbieta pomogła wszystko zorganizować.

To ona dowiedziała się wszystkich szczegółów przez swoje znajomości. Zofię pogrzebali, a ona została sama w dużym domu, który budowali z mężem przez całe życie.

Dla dwojga, a jak przyjeżdżali goście, dom nie wydawał się taki wielki. Ale dla jednej osoby… dla kobiety to już dużo, a nawet ciężar.

Dom to dom. Tam męska ręka potrzebna…

Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła z mamą rozmowę o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, może o przeprowadzce do nich.

No nie! zawołała Zofia. Nie po to ten dom budowałam, żeby go sprzedawać. I do waszych Włoch nie pojadę. Widziałam ja te Włochy…

Mamo!

Oj, Dariu, ciemna z ciebie dziewczynka! uśmiechnęła się Zofia przez łzy Żartuję sobie.

No, jeśli żartujesz, to chyba nie jest tak źle.

Wszystko było niejednoznaczne. Tak jak niejednoznaczny był ś.p. Władysław. Z jednej strony troskliwy i kochający mąż.

Z drugiej strony człowiek nastroju. Zdarzało się, że w złym humorze umiał doprowadzić Zofię do szału. Potem żałował i przepraszał, a Zofia była osobą o łatwym usposobieniu nie trzymała urazy. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Zwariować można…

Daria pobyła u mamy i wróciła do swoich zajęć. Zofia została sama.

Ale znała siebie i wiedziała, że to nie potrwa długo.

I rzeczywiście. Po pół roku żałoby, kiedy otarła łzy, zauważyła dookoła siebie skromne grono adoratorów.

Nawet mama Zofii kiedyś się dziwiła tej popularności córki.

No co oni widzą w tobie? Padaliby plackiem! Przecież nie jesteś taka piękna… czy ja czegoś nie rozumiem?

Taka jesteś dobra, mamo uśmiechała się Zofia, malując usta. Uroda to puste słowo. Kobieta musi być czarująca, mieć charyzmę. Z jakąś iskrą.

Idź już, idź się baw, kobieto śmiała się mama. Bo narzeczony się zmęczy i pójdzie.

To przyjdzie inny wzruszała ramionami Zofia.

I oto minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że nie ma wolnych mężczyzn, po czterdziestce nie ma z kim się żenić.

Zofia tego problemu nie rozumiała. Miała już czterdzieści sześć lat i dwóch świetnych kandydatów.

Serce Zofia skłaniała się do Macieja. Podobał jej się i z wyglądu, i w rozmowie. Sympatyczny, inteligentny. Z nim ciekawie pogadać i do ludzi wyjść nie wstyd.

Ale Maciek był królem rozmowy, a nie człowiekiem do życia na co dzień. Zofia wiedziała, że to nie człowiek do jej dużego domu.

Drugi kandydat, Andrzej, był człowiekiem prostym, lecz złotą rączką. Potrafił wszystko naprawić, solidny i uparty, ale miał dobre serce i charakter.

Przy żonie byłby jak baranek, ale mogąc góry by dla niej przeniósł. Andrzej podobał się Zofii mniej ot, kobieca logika…

Nie mówił pięknych słów. Na trzeźwo Andrzej był raczej milczkiem. Po kieliszku mógł rzucić śmieszną historię i wszcząć rozmowę.

Rzeczywiście, Andrzej potrafił wypić, ale następnego dnia już był na chodzie oblewał się zimną wodą i brał się do roboty. Zdecydowanie wybrałam jego.

Maciej się obraził, że jego słodkie słówka nie odniosły skutku i odszedł.

Wyszłam za Andrzeja, z czego był bardzo szczęśliwy. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył jak szalony.

Ty to masz szczęście śmiała się Elżbieta. Rok nie minął od śmierci Władysława, a ty już zamężna! Kobietom trudno znaleźć faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu.

Powiedz jeszcze: Co oni w tobie widzą? Nie jesteś przecież piękna!

Daj spokój… nie będę cię o to pytać. Ale coś w tym jest, że zawsze byłaś podejrzanie popularna.

Nie rozumiem, Elu. Pogadaj o tym z moją mamą.

Zofia puściła oko do Elżbiety i ruszyła tańczyć ze swoim mężem właśnie podszedł i ją zaprosił. Tańczyła, odpędzając ostatnie wątpliwości.

Co z tego, że Andrzej jest prosty? Ale jaki silny! Co z tego, że większość czasu milczy może to nawet lepiej.

A gdybym wzięła Maćka, co by to zmieniło? Z pięknych słów się nie najesz.

Po kilku miesiącach Andrzej zamienił ogród Zofii w bajkowy zakątek. Wykarczował zbędne drzewa. Wyrównał ziemię. Zrobił jej kwiatowe grządki. Zbudował altanę. Dom od razu odzyskał męski charakter.

Nie, Zofia dobrze wybrała sobie męża. Idealnie.

Andrzej zarabiał, próbował sprawiać jej przyjemność prezentami.

Zestawiła ten krótki czas z 25 latami pierwszego małżeństwa i szczerze żałowała, że nie spotkała Andrzeja wcześniej. Złoty człowiek!

Latem wieczorami grillowali w altanie, Andrzej postawił piękny drewniany stół z ławkami.

Zofia po kolacji mrużyła oczy jak najedzony kot, Andrzej się do niej uśmiechał.

Z czego się śmiejesz, Andrzeju?

Tak po prostu. Cieszę się.

Jego pierwsza żona była nudziarą. Nigdy nie myślał, że spotka jeszcze tak cudowną kobietę.

Byli szczęśliwi przez cztery lata, aż Andrzej zaczął dziwnie się czuć.

Coraz szybciej się męczył, chudł. Po alkoholu a Andrzej czasem lubił wypić czuł się fatalnie.

Andrzeju, musisz iść do lekarza! zmartwiła się Zofia. Na co czekasz? Widać, że coś jest nie tak!

Przesadzasz, Zosiu. Przejdzie samo!

Co to za średniowiecze? Jeśli nie przejdzie? Boi się pan doktorów jak wszyscy mężczyźni?

Nie… Andrzej nie chciał wyznać, czego naprawdę się boi. Tylko jednego. Że jeśli poważnie zachoruje, Zofia odejdzie. Nie zostanie z chorym facetem.

Andrzej głupi nie był. Wiedział, że Zofia wyszła za niego z rozsądku, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Mimo wszystko.

Zobaczył ją kiedyś w sklepie zagubioną, szukającą portfela w torebce. Zakochał się od razu. Chciał tylko podejść, wziąć ją w ramiona i bronić do końca życia. Nawet jego mama, zobaczywszy Zofię, powiedziała tajemniczo:

Synku, żyj jak chcesz. Ale co ty w niej widzisz? Ani piękna, ani młoda. A jeszcze tylu chętnych by do ciebie przyszło!

Nikt nie był Andrzejowi potrzebny, poza Zofią. A teraz, jeśli naprawdę jest chory… czy będzie jeszcze potrzebny Zofii?

Nie udało się jej namówić Andrzeja na lekarza. Przyszedł sobotni wieczór. W gościach mieli Elżbietę z mężem, Borysem. Andrzej z Borysem pili piwo, grillowali karkówkę. W kuchni Elżbieta zapytała Zofię:

Andrzej jest chory?

Nie wiem już! zirytowała się Zofia. Błagam go, żeby się przebadał. Ty jesteś lekarką coś powiesz? Przecież źle z nim!

No, wygląda gorzej. Schudł. Wydaje mi się, że ma żółtawą cerę.

O Boże, Ela! Namów go. Może ciebie posłucha?

Zmarszczyła się Elżbieta, spojrzała uważnie.

Zofio… ty go kochasz? Bo pamiętam twoje wahania…

Zofia przygryzła wargę i nie odpowiedziała.

Ale Elżbieta nie zdążyła namówić Andrzeja zemdlał przy stole. Wezwali karetkę. Pojechałam z nim. Nie odzyskał przytomności. Trzymałam jego dłoń i modliłam się.

Zaraz go zoperowano.

Guz na wątrobie.

Rak?! przeraziła się Zofia.

Czekamy na wyniki.

Okazało się, że guzek był łagodny, ale już całkiem spory, gdy Andrzej trafił na stół.

Lekarze zabronili mu prawie wszystkiego i ostrzegli, że dochodzenie do siebie będzie długie. W końcu już lata lecą.

Andrzej się załamał. Odwiedziła go mama.

Zofia była w pracy, przyszła więc pani Jadwiga. Przyniosła mu jedzenie, jakie mógł jeść dieta była na razie bardzo ścisła.

Synu, nie poznaję cię! powiedziała pani Jadwiga. O co chodzi? Przeżyłeś. Nie masz raka! Raduj się, a nie marudź. Jedz te klopsy!

Nie chcę jeść.

A musisz! W czym rzecz? Zofia przychodzi?

Przychodzi… na razie odpowiedział Andrzej.

Masz nadzieję, że cię zostawi? To głupota!

Ja już nic nie umiem. Pracować nie mogę, nic nie mogę. Pięćdziesiątkę będę miał dopiero w czerwcu, a już inwalida. Kto chce inwalidę?

Co się tu dzieje?! zdziwiła się Zofia, wchodząc. Słychać was na cały oddział. Dzień dobry, pani Jadwigo!

Ja już idę. Do widzenia, Zofio.

Co się dzieje?

Matka Andrzeja machnęła ręką i wyszła. Zofia umyła ręce, podeszła do łóżka, na którym leżał jej nieszczęśliwy mąż.

No co ty się buntujesz, inwalido? Ręce masz, nogi masz. Jaki z ciebie inwalida? Reszta się zagoi. Wiesz, co czytałam o wątrobie?

Co?

To organ, który się sam regeneruje. Jak zostaje 51% w pełni się odbuduje. Tobie zostało 60%. Daj jej szansę, wszystko się ułoży!

Ale czy mam ten czas?

Co?

Czas.

Andrzeju, coś przede mną ukrywasz? Poprosiłeś lekarzy, by mi czegoś nie mówić?

To nie o to…

Andrzeja wypisali. Zaczął się najgorszy czas. Wystarczyło trochę popracować i momentalnie był zmęczony. To go najbardziej martwiło.

Zbliżały się 50. urodziny, co tylko wpędzało go w ponury nastrój. Nic zjeść, nie można wypić. Co to za święto!

Zofia udawała, że nie zauważa, jak szybko się męczy, i dzielnie jadła z nim dietetyczne posiłki.

Zosiu… zebrał się wreszcie na odwagę. Co będzie teraz z nami?

W jakim sensie? zdziwiła się.

No… ja bardzo wolno wracam do zdrowia. Zostawisz mnie, prawda? Powiedz teraz.

Dlaczego miałabym cię zostawiać? Bardzo mi z tobą dobrze.

Tylko wtedy było ci dobrze, jak pracowałem. Teraz co dobrego w tym wszystkim? Mi samemu z sobą źle.

Niepotrzebnie. Ogarnij się, mężczyzno!

Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy młotkiem uderzę i padam jak pies.

Zofia podeszła do niego, objęła go od tyłu. Przytuliła się policzkiem do jego karku.

Kocham cię. Nigdy nie zostawię. I nie śpiesz się, powoli wracaj do sił.

Naprawdę mnie kochasz?

Naprawdę.

Zofia nie zostawia Andrzeja. Powoli, ale dochodzi do siebie.

Urodziny Zofia zrobiła mu bez alkoholu, żeby nie żałował, że nie pije przy gościach.

Przyszło kilku kolegów, usiedli w altanie, pograli w planszówki.

Masz szczęście do żony, Andrzeju pożegnali się kumple.

To teraz pewnie pójdziecie i napijecie się na moje zdrowie? zażartował Andrzej.

Pośmiali się i rozeszli. Wieczorem siedzieliśmy z Zofią na ganku, patrzyliśmy w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru pierwszy raz od miesięcy poczułem się lepiej. Uwierzyłem, że wyzdrowieję. I że naprawdę mnie nie zostawi.

Objąłem Zofię mocniej.

No co, Andrzeju?

Wszystko dobrze! powiedziałem.

Wreszcie mruknęła Zofia i pocałowała mnie w policzek.

Byliśmy szczęśliwi.

Dla mnie to była wielka lekcja: miłość to nie wielkie słowa czy piękny wygląd, tylko bycie przy sobie na dobre i na złe. Zrozumiałem, że nie ma nic cenniejszego niż człowiek, który zostaje nawet wtedy, kiedy życie daje w kość.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × 2 =

Ziemię wyrównał, Marcinie zrobił rabaty dla kwiatów, postawił altankę. W domu też czuło się silną, m…