Ziemię wyrównał, Marcie kwiatowe rabaty założył, altanę zbudował. W domu też czuć było silną, męską …

Ziemię wyrównałem. Zrobiłem Zofii rabaty na kwiaty. Zbudowałem altanę. W domu też od razu było czuć męską rękę. Nie, dobrze Zofia wybrała sobie męża. Naprawdę dobrze. A do tego jeszcze zarabiałem pieniądze. Cały czas starałem się sprawiać Zofii radość prezentami.

Przecież mnie nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. Teraz zostawisz, jak zachorowałem…

Nie zostawię! powiedziała Zofia i objęła mnie. Jesteś najlepszym mężem! Nigdy cię nie zostawię…

Nie mogłem uwierzyć, że to prawda. Nastroju nie miałem najlepszego…

Zofia przeżyła w małżeństwie dwadzieścia pięć lat i przez te wszystkie lata wciąż podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna była najbardziej rozchwytywana w okolicy.

A i w podstawówce niemal wszyscy chłopcy biegali właśnie za Zofią. Przy tym wszystkim pięknością nie była.

Nie odeszła od swojego pierwszego męża, choć człowiekiem prostym nie był.

Nie, Zofia przeżyła z Januszem do końca jego dni. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Mąż Anity zabrał ją potem do Niemiec, teraz przesyłali piękne zdjęcia, zapraszali do siebie. Ale jakoś się z Januszem nie wybrali Może Zofia jeszcze pojedzie. A Janusz już nie zdąży.

Janusz zginął w wypadku samochodowym. Głupio potem powiedzieli Zofii, że pewnie źle się poczuł za kierownicą. Serce, zdezorientowanie, nie zapanował nad autem.

Może stracił przytomność? zastanawiała się.

Tego już się nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, lekarka. Przyczyna: rozległe obrażenia, nie do pogodzenia z życiem.

Zofia była w szoku. Przyjaciółka, Elżbieta, pomagała wszystko załatwiać.

Ona właśnie dowiedziała się szczegółów. Janusza pochowano, a Zofia została sama w dużym domu, który razem budowali przez całe życie.

Na dwie osoby, a jak przyjechali goście dom nie wydawał się aż taki ogromny. Ale dla jednej osoby kobiety dom był ogromny, a do tego ciężarem.

Dom to dom. Potrzeba w nim męskiej ręki…

Anita przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła z matką rozmowę o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, ewentualnym przeprowadzce do nich.

Ależ nie! zawołała Zofia. Tyle lat ten dom budowałam, nie po to, żeby go sprzedać. I nie chcę do waszych Niemiec. Widziałam już tę waszą zagranicę…

Mamo!

Oj, Anitko! uśmiechnęła się Zofia przez łzy. Żartuję tylko.

Skoro żartujesz, to może nie jest jeszcze tak źle.

Wszystko było raczej niejednoznaczne. Jak i sam zmarły. Z jednej strony Janusz był opiekuńczym, kochającym mężem.

Z drugiej człowiekiem nastrojów. Miał takie dni, że potrafił Zofii wyssać wszystkie nerwy do cna. Potem przepraszał, a Zofia była dość pogodna nie roztrząsała starych sytuacji. I tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Można oszaleć…

Anita została kilka dni, potem wyjechała jej mąż dużo pracował, więc spieszyła się do domu. Zofia została sama.

Ale znała siebie wiedziała, że nie na długo.

I rzeczywiście. Pół roku smuciła się sama, a gdy otarła łzy, zobaczyła, że wokół niej zebrała się mała grupka adoratorów.

Swoją drogą nawet mama Zofii zawsze się dziwiła, skąd u córki taka popularność u mężczyzn.

I co oni w tobie widzą? Padają na kolana jeden po drugim! Przecież nie jesteś żadną pięknością… czy może nie rozumiem?

Kochana mamo uśmiechała się Zofia, poprawiając szminkę. Piękno nic nie znaczy. To tylko puste słowo. Kobieta powinna mieć w sobie to coś. Być czarująca i pełna wdzięku.

Idź już, kobieto śmiała się matka. Bo ci narzeczony ucieknie.

Inny przyjdzie wzruszała ramionami Zofia.

I tak minęło prawie trzydzieści lat od tamtej rozmowy z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety skarżą się, że po czterdziestce nie ma wolnych mężczyzn, na kogo tu wyjść za mąż?

Zofia tego problemu nie znała. Miała czterdzieści sześć lat i dwóch narzeczonych, całkiem porządnych.

Serce ciągnęło ją do Tomasza. Podobał jej się wizualnie i lubiła z nim rozmawiać. Przystojny, inteligentny, rozmowa płynęła z nim lekko, nie wstyd było z nim wyjść do ludzi.

Ale mistrzem był tylko w rozmowie. Zofia niemal polubiła go swoimi uszami, ale z racji wieku i doświadczenia wiedziała, że to nie jest człowiek dla codziennego życia. Zwłaszcza w dużym domu.

Drugi kandydat, Marek, był prostym solidnym facetem. Z tych, co na imieninach wypiją pół beczki, ale w rękach wszystko mu się udaje, dom naprawi, ogień zapali. Prawdziwy złota rączka, spokojny charakter, ale twardy w środku.

Z żoną taki mężczyzna jest spokojny i czuły jak szczeniak, lecz gdy trzeba góry przeniesie. Paradoksalnie Marek podobał się Zofii mniej tak działa kobieca logika.

Nie mówił żadnych kwiecistych przemówień. Na trzeźwo był dość małomówny. Dopiero po kieliszku opowiadał ciekawe historie, anegdotki, z każdym znalazł temat do rozmowy.

Muszę przyznać, Marek rzeczywiście mógł wypić sporo, ale następnego dnia był jak nowy. Przelewał się zimną wodą i ruszał do swoich obowiązków. Mówił mało, ale konkretnie. I to jego wybrała Zofia.

Tomasz się obraził, że jego piękne słowa przegrały i odszedł.

Zofia wyszła za Marka i to go uszczęśliwiło. Na weselu wypił trochę za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego.

No masz! uśmiechnęła się Elżbieta. Ledwo rok minął, odkąd Janusza zabrakło, a ty już męża masz. Nic się nie zmieniło! Kobiety miesiącami szukają faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu.

Jeszcze powiedz: Co oni w tobie widzą? Wcale nie jesteś piękna!

Nie, nie powiem. Ale że zawsze byłaś podejrzanie rozchwytywana, to prawda.

Nie wiem, Elu, co oni we mnie widzą. Zapytaj mamę!

Zofia puściła oczko przyjaciółce i ruszyła tańczyć z Markiem. On przyszedł właśnie, zaprosił ją. Tańczyła, a w głowie rozganiała ostatnie wątpliwości.

Co z tego, że Marek prosty? Ale jaki silny. I złote ręce. Wygląd? Też niczego sobie. A że większość czasu milczy może to nawet i lepiej.

A Tomasz? Same piękne słowa żaden dom się z tego nie postawi.

Po kilku miesiącach Marek zmienił ogród Zofii w istny bajkowy zakątek. Wyciął zbędne drzewa.

Ziemię wyrównał. Zrobił Zofii rabaty na kwiaty. Zbudował altanę. W domu od razu dało się poczuć, że mieszka mężczyzna.

Zofia dokonała trafnego wyboru. Idealnego.

A przy tym Marek zarabiał, ciągle starał się sprawić Zofii radość drobnymi prezentami.

Porównała ten krótki okres drugiego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma latami poprzedniego i naprawdę żałowała, że nie spotkała Marka wcześniej. Złoty chłop!

Latem wieczorami grillowali w altanie i jedli kolację przy solidnym, drewnianym stole i ławkach, które Marek sam postawił.

Najedzona Zofia mrużyła oczy jak kot po śmietanie, a Marek się uśmiechał, patrząc na nią.

Co takiego, Marku?

Nic. Jestem szczęśliwy.

Jego pierwsza żona była straszną nudziarą. Już nie wierzył, że spotka kiedyś taką cudowną kobietę.

Cztery lata cieszyli się swoim szczęściem, aż nagle Marek zaczął się źle czuć.

Szybko się męczył. Chudł bez powodu. Gdy zdarzyło mu się coś wypić było mu jeszcze gorzej.

Marku, musisz iść do lekarza! alarmowała Zofia. Co ty czekasz? Przecież coś jest nie tak.

Oj, Zosiu, przejdzie samo!

Co tu za ciemnogród? A jak nie przejdzie? Ty też, jak większość facetów, boisz się lekarzy?

Nie.

Marek nie chciał powiedzieć Zofii, czego się naprawdę boi. A bał się jednego że jeśli jest poważnie chory, Zofia go zostawi. Bo nie będzie chciała mieszkać z chorym facetem.

Nie był głupi, wiedział, że Zofia za niego wyszła bardziej z rozsądku niż wielkiej miłości. Ale on ją pokochał, chociaż wszystko temu przeczyło.

Zobaczył zagubioną kobietę w sklepie, która nie mogła znaleźć portfela w torebce i od razu zakochał się. Ta jej nieporadność była urocza.

Chciał od razu podejść, wziąć ją za ręce i chronić przez całe życie. Choć jego mama powiedziała wtedy z przekąsem:

Twoje życie, synu. Ale co ty w niej widzisz? Nie jakaś piękność, wiek już nie ten. A ty przecież jeszcze niezły chłop. Nie jedna młoda by za tobą poszła!

Nikogo innego Marek nie potrzebował oprócz Zofii. Ale teraz, jeśli jest naprawdę chory będzie jeszcze Zofii potrzebny?

Nie udało jej się namówić go do wizyty u lekarza. Była sobota. W gościach mieli Elżbietę z mężem, Wojtkiem. Marek i Wojtek pili piwo i smażyli kiełbaski. Elżbieta, krojąc sałatkę w kuchni, powiedziała Zofii:

Marek zachorował, czy jak?

Nie wiem już! zirytowała się Zofia. Błagam, żeby poszedł do lekarza. A on nie i nie! Ty jesteś lekarką. Co myślisz? Przecież Marek wygląda gorzej?

No… Zmarniał. Schudł. Skóra ma dziwny odcień.

O, Boże! Elu, przekonaj go! Może ciebie posłucha?

Elżbieta spojrzała uważnie.

Zofio… ty go kochasz? Pamiętam twoje wahania

Zofia przygryzła wargę i nie odpowiedziała.

Elżbieta nie zdążyła już porozmawiać z Markiem ten po prostu zemdlał przy stole. Wezwali karetkę. Zofia pojechała do szpitala. Marek nie odzyskał przytomności. Trzymała go za rękę i modliła się.

Prawie od razu go operowano.

Guz wątroby.

Rak?! przestraszyła się Zofia.

Czekamy na wyniki badań.

Guz był łagodny, ale dosyć spory, kiedy Marek trafił na stół operacyjny.

Lekarze zabronili mu prawie wszystkiego, powiedzieli, że powrót do zdrowia będzie długi. I niepewny miał przecież swoje lata.

Marek podupadł na duchu. W szpitalu odwiedziła go matka.

Zofia była w pracy, matka przyszła w dzień. Przyniosła coś do jedzenia z listy dozwolonych rzeczy.

Synu, nie poznaję cię! mówiła pani Teresa. Czemu się smucisz? Przetrwałeś. Nie masz raka. Ciesz się tym, a nie leżysz tu z miną jak po deszczu. Proszę, zjedz te kotlety na parze.

Nie chcę jeść.

Ale powinieneś! O co chodzi? Zofia przychodzi?

Przychodzi na razie powiedział Marek.

Czego się boisz? Że cię zostawi? Byłaby głupia!

Przecież ze mnie już nic nie będzie! Nawet pracować mi nie wolno. Nic nie wolno. W czerwcu będę miał ledwie pięćdziesiątkę, a już jestem inwalidą. Kto potrzebuje inwalidy?

Co się tu dzieje? zdziwiła się Zofia, wchodząc. Głośno jak na rynku. Dzień dobry, pani Tereso!

Idę już. Cześć, Zofio. Trzymajcie się.

Co się tu dzieje?

Matka Marka machnęła ręką i wyszła. Zofia umyła ręce i podeszła do łóżka do swojego markotnego męża.

No co ty taki zły, inwalida? Ręce i nogi masz. Inwalida z ciebie jak z koziego ogona trąba. Reszta się zagoi. Wiesz co znalazłam o wątrobie?

No?

To jedyny narząd, który sam się regeneruje. Jak zostanie przynajmniej pięćdziesiąt jeden procent odbuduje się. Tobie zostało sześćdziesiąt. Daj wątrobie czas. Wszystko będzie dobrze!

A ja ten czas mam?

Co? nie zrozumiała Zofia.

Czas.

Marku, coś ci przede mną ukrywają? Prosiłeś lekarzy, żeby mi czegoś nie powiedzieli?

Nie o to chodzi…

Wypisali Marka do domu. Zaczął się dla niego najgorszy okres. Wystarczyło trochę popracować fizycznie, a od razu się męczył. To go najbardziej dobijało.

A przecież zbliżały się urodziny, które teraz napawały go smutkiem. Nic nie może zjeść, wypić nie wolno. Ale radość!

Zofia jakby nie zauważała, że Marek tak szybko się męczy i razem z nim wcinała dietetyczne posiłki z uśmiechem.

Zosiu… w końcu się odważył. Co będzie z nami?

W sensie?

No… ja bardzo wolno wracam do zdrowia. Zostawisz mnie, co? Powiedz lepiej od razu.

Niby czemu miałabym cię zostawić? Jest mi z tobą bardzo dobrze.

Bo to było dobrze, jak wszystko robiłem, pracowałem. A teraz? Nawet ze sobą mi źle.

Oj, nie gadaj głupot. Weź się w garść!

Próbuję! Ale co to za życie dwa razy stuknę młotkiem i leżę jak podcięty.

Zofia podeszła i objęła mnie od tyłu. Przyłożyła policzek do mojego karku.

Kocham cię. I nie zostawię nigdy. Nie spiesz się z powrotem do zdrowia. Niech wszystko idzie swoim tempem.

Kochasz? Naprawdę?

Naprawdę, naprawdę.

Zofia nie zostawiła Marka. On powoli, ale wracał do formy.

Urodziny zorganizowała bez alkoholu, aby nie czuł się źle, że nie może wypić.

Przyszło kilku przyjaciół. Posiedzieli w altanie, pograli w planszówki.

Szczęściarz jesteś, Marku, z żoną! powiedzieli kumple na do widzenia.

To chyba teraz idziecie się upić za moje zdrowie? mruknął Marek z przekąsem.

Pośmiali się. Rozeszli. Wieczorem z Zofią siedzieliśmy na ganku, patrzyliśmy w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru pierwszy raz od miesięcy Marek poczuł się lepiej.

Uwierzył, że zdrowieje. I że żona go nie zostawi. Mocniej objął Zofię.

Co tam, Marku?

Wszystko dobrze! odpowiedział.

No nareszcie uśmiechnęła się Zofia i pocałowała go w policzek.

Byli szczęśliwi…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć + dziewięć =

Ziemię wyrównał, Marcie kwiatowe rabaty założył, altanę zbudował. W domu też czuć było silną, męską …