W ciągu niecałego roku stałam się matką dwójki dzieci – mojego biologicznego i adoptowanego. Minęło 38 lat od tamtego czasu, a ja jestem coraz bardziej wdzięczna losowi za trudności, które musiałam przeżyć by być w tym miejscu, w którym teraz jestem.
Miałam 22 lata. Studiowałam, aby zostać nauczycielką przedszkolną. Miałam wkrótce wyjść za mąż. Bycie panną młodą było moim największym marzeniem z dzieciństwa. Marzyłam o wielkim weselu, długim welonie ozdobionym diademem ze srebrnych i białych kwiatów, o dniu, w którym będę w centrum świata i będę się przeglądać w oczach ukochanego mężczyzny jak w baśni. Tak właśnie się stało.
A przynajmniej tak miało być… Niestety, ale w dniu naszego ślubu z Emilem doszło do okropnego wypadku. Zginęła w nim siostra mojego przyszłego męża, jej mąż i ich 12-letni syn. Z całej rodziny przeżyło tylko 8-miesięczne dziewczynka. Moje marzenie o hucznym weselu zostało zastąpione żałobą.
W dniu mojego ślubu byłam w ciąży. Zostało mi około czterech miesięcy do narodzin dziecka. Mimo wszystko znacznie szybciej zostałam matką, bo ktoś musiał się przecież zająć 8-miesięczną Matyldą. Emil zaproponował mi, abyśmy adoptowali jego siostrzenicę, i to oczywiście było najlogiczniejsze rozwiązanie – nie było nikogo innego z rodziny, kto mógłby się nią zająć, a dla nas było nie do pomyślenia, aby została wychowana przez całkowicie obcych ludzi czy trafiła do domu dziecka.
Zamiast młodzieńczego uniesienia i miesiąca miodowego, nagle musiałam się odnależć w roli matki. Na szczęście Matylda była malutka i nie pamiętała swojej rodziny, więc szybko przyzwyczaiła się do mnie. Ja przywiązałam się do niej od momentu, w którym ją przytuliłam i poczułam, że muszę ją chronić przed całym światem i zapewnić jej szczęście, które zostało jej odebrane. Trzy miesiące później urodziła się Maria, moja biologiczna córka.
Właściwie nie tylko dzień ślubu, ale i samo małżeństwo nie było zbyt szczęśliwe. Po wielkiej tragedii i po tym, jak w ciągu trzech miesięcy zostałam matką dwójki dzieci, nie miałam siły na nic poza opieką nad dziećmi i domem. Tak, to nie był romantyczny czas dla młodej pary, ale byłam sama przez cały dzień i miałam wiele obowiązków jako matka, a do tego dochodziło gotowanie, sprzątanie i zakupy.
Na sen prawie nie miałam czasu, a co dopiero mówić o chwilach dla siebie. Nie miałam czasu, aby zadbać nawet o swój wygląd – rano brałam prysznic, czesałam włosy i wiązałam je w kucyk, i to wszystko. Nie miałam czasu na makijaż, nie ubierałam się specjalnie – wieczorami tylko czekałam, aż wszyscy się najedzą i położą spać – moje oczy zamykały się z zmęczenia i nie miałam nawet siły rozmawiać z Emilem i poświęcać mu uwagi. To trwało miesiącami – nic dziwnego, że stopniowo się od siebie oddaliliśmy. Albo nie rozmawialiśmy, bo nie mieliśmy o czym, albo kłóciliśmy się o wszystko – ciągle się nawzajem obwinialiśmy.
Emil był wiecznie niezadowolony z tego, jak radzę sobie z pracami domowymi. Zawsze znajdował coś, co było nie tak, a ja ciągle go upominałam, że nie pomaga w domu i nie spędza wystarczająco dużo czasu z dziećmi. Najgorsze jednak było to, że Emil nie zaakceptował Matyldy i nie traktował jej jak swojego dziecka. Choć była córką jego siostry, zdawał się ją obwiniać za to, że musimy się nią opiekować.
Kiedy była mała, Matylda nie rozumiała, dlaczego wywołuje gniew swojego „ojca” i ciągle starała się poprawiać swoje zachowanie, aby go jakoś udobruchać. On jednak zawsze był z niej niezadowolony, za to rozpieszczał Marię. Nie podobało mu się także to, że traktuję obie dziewczynki tak samo, ale ja uważałam, że postępuję sprawiedliwie.
Po 12 latach małżeństwa Emil złożył pozew o rozwód. Powiedział, że ma prawo być kochanym i że i tak znosił długo moje lekceważenie, bo aż od momentu, kiedy się pobraliśmy. Dlatego logiczne – wyjaśnił mi – było to, że ma romans z inną kobietą. Teraz ona była w ciąży i chciał stworzyć prawdziwy dom z nią i ich dzieckiem.
Rozwód nie był łatwy – nie tylko emocjonalnie, ale Emil próbował również przejąć co tylko mógł z naszych wspólnych finansów i dóbr. Jakby tego było mało, Maria, która nagle została bez ojca, który zawsze ją rozpieszczał, zaczęła mnie obwiniać za to, co się stało i być na mnie zła. Ciągle robiła mi na przekór, pogorszyła się w nauce w szkole, uciekała z domu… Tylko Matylda była moją pociechą i wsparciem. Dziecko, którego nie urodziłam było gotowe zrezygnować ze wszystkiego, aby tylko mi pomóc.
To były trudne lata. Patrząc wstecz, nie wiem, jak udało mi się to wszystko przetrwać. Potrzebowałam lat, aby Maria zaczęła rozumieć sytuację, choć nigdy nie pozbyła się wrażenia, że faworyzuję Matyldę. Ale na szczęście jakoś przeszłyśmy przez te trudności i od dawna w naszym domu panuje spokój.
Cóż, moje córki już dawno nie mieszkają w domu, obie są zamężne. Obie mają córki, które są prawdziwym skarbem. Są moim dowodem na to, że warto było przejść przez to wszystko, co przeżyłam.



