Z Markiem spotykaliśmy się od roku, a po tym czasie, zaczęliśmy myśleć o ślubie. Oboje uznaliśmy, że nie potrzebujemy wystawnego wesela. Pieniądze, które przeznaczylibyśmy na dużą imprezę, woleliśmy odłożyć na podróże, czy mieszkanie. Postanowiliśmy, że po ceremonii, spotkamy się z naszą najbliższą rodziną w restauracji, aby uczcić nasz ślub. Zdecydowałam, że nawet nie będę kupować drogiej sukni ślubnej i pójdę w białej sukience, kupionej w zwykłym sklepie.
Chciałam, aby było minimalistycznie, ale gustownie. Nie chodzi o to, że nie mieliśmy pieniędzy. Marek pracuje w dużej firmie, a ja mam własny zakład fryzjerski, oboje dobrze zarabiamy i możemy sobie pozwolić na wiele rzeczy, ale ja od dziecka byłam uczona, odpowiedzialności i rozwagi, dlatego wydawanie dużych pieniędzy, na chwilowe przyjemności, nie są w moim stylu.
Kiedy przygotowania do ślubu były już w końcowej fazie, mój przyszły mąż, podał mi białą, dużą kartkę. Na jednej i drugiej stronie, były dwie kolumny nazwisk gości, tylko z jego rodziny. Niektórych z nich nie znał nawet z widzenia, ale byli to kuzyni rodziców, bez których nie wyobrażali sobie naszego przyjęcia. Kiedy zapytałam go o jedzenie, powiedział, że mam się nie przejmować. Jego mama zadeklarowała, że zrobi kilka sałatek. Uważał, że to wystarczy dla wszystkich? Jak mogli pomyśleć, że obiad i kilka przekąsek, będzie wystarczające dla prawie setki gości?! Oczywiście nie zgodziłam się na takie rozwiązanie. Kazałam Markowi, zredukować listę i ograniczyć się tylko do najbliższych. Przyszła teściowa, oburzyła się, że nie chcę zapraszać na przyjęcie jej kuzynów, ale nie obchodzi mnie to. To mój dzień i ma wyglądać tak jak ja chcę.



