Kwaśne ogórki Jadwigi z Turku

Czternaście słoików. Tyle wyszło w tym roku, chociaż ręce bolały od zimnej wody, a paznokcie zrobiły się białe jak u topielca. Sąsiadka z dołu, pani Irena, powiedziała, że zwariowałam — w bloku, na trzecim piętrze, bez piwnicy, bez balkonu od północy, pchać się w kiszenie. A ja jej na to, że ogórki to nie kapusta. Ogórkom trzeba tylko ciemności i spokoju, a to mam: spiżarnia pod schodami do antresoli, ta nasza nisza po licznikach, którą Adam, świętej pamięci, zabudował jeszcze w osiemdziesiątym siódmym.

Czwartek, godzina wpół do szóstej rano. Jadę do Turku po ogórki gruntowe, bo na rynku w Koninie zostały już tylko takie szklarniowe, gładkie jak mydło. Sześć złotych za kilogram, baba z wiadrem mówi, że szamańskie, bo z pola za cukrownią. Nie targuję się, tylko biorę osiem kilo. W autobusie trzymam reklamówki między kolanami i patrzę, jak słońce wstaje nad chłodnią przy krajowej siódemce. Pachnie koperkiem, jeszcze zanim cokolwiek zrobiłam.

W domu rozkładam gazetę Wyborczą na stole, tę z krzyżówką, której i tak nikt nie ruszał. Odkrawam końcówki? Nie, takie rzeczy robiła moja ciotka z Białej Podlaskiej, a u nas na wsi mówili: nie tykaj, bo ogórek straci charakter. Wrzucam do miednicy z wodą tak zimną, że aż pali. Sześć godzin. W tym czasie zdążę pojechać do siostry po liście wiśni, bo u nas w okolicy zostały same brzozy i kasztany, a wiśnia to podstawa.

Siostra, Bogna, mieszka w małym domku za Koninem, z winogronem na płocie i psem, który boi się własnego ogona. Dała mi całą reklamówkę liści, jeszcze mokrych po deszczu, i korzeń chrzanu gruby jak nadgarstek. — Masz farta — powiedziała. — Dopiero co kopałam. — I popatrzyła na mnie jakoś tak, jakby chciała coś dodać, ale tylko podrapała psa za uchem.

Wieczorem biorę się za słoje. Trzylitrowe, po ogórkach konserwowych z Biedronki, wymyte sodą tak, że palce skrzypią. Na dno idzie chrzan, porzeczka, wiśnia, koperek z baldachimami, czosnek — cztery ząbki, nie żałuję. Ogórki układam pionowo, bo tak robiła moja matka, i podobno inaczej się nie godzi pod konińskim niebem. Solanka: dwie łyżki soli kamiennej bez jodu na litr wody. Woda odstała dwa dni w garnku po kapuście. Ktoś młody by wlał kranówkę, ale chlor zabija ferment, a zatem i duszę kiszonki.

Czternasty słoik napełniony, solanka sięga pod sam rant. Przykrywam denkiem, nie zakręcam mocno, zostawiam luz. Stawiam w spiżarni, na półce, którą Adam zbił z desek po skrzynkach po jabłkach. Na termometrze dwadzieścia jeden stopni. Trzy doby, mówię do siebie, trzy doby i zobaczysz, co z tego będzie.

Czwartek, niedziela, poniedziałek. Codziennie podchodzę do tych słoików jak do chorych dzieci. W niedzielę na wierzchu pojawia się piana — biała, drobna, pachnąca ogórkiem i czymś, co przypomina mi wakacje u wujostwa pod Tucholą. Solanka mętnieje. Bogna dzwoni w poniedziałek rano i mówi, że u niej już gotowe, że piana opadła, a ogórki mają ten kolor, wiesz, jak zeschła oliwka. — Moje muszą jeszcze poleżeć — odpowiadam, a ona: — Jadzia, ty zawsze wszystko przeciągasz, jakbyś się bała, co z tego wyjdzie.

Właśnie wtedy dzwoni telefon drugi raz. Numer nieznany. Kobieta przedstawia się, że z urzędu, że sprawa dotyczy podziału majątku po Janie Czarneckim. Serce mi staje, bo Jan Czarnecki to ojciec Adama. Nie żyje od trzech lat, a teraz się okazuje, że zapisał w testamencie tę działkę w Turku — osiem tysięcy metrów, krzaki, stodoła z zapadniętym dachem — nie synowi, tylko gminie. I że są spadkobiercy z pominiętej linii, cioteczna wnuczka, która chce unieważnić testament, bo ponoć podpis był wymuszony.

Siedzę na podłodze w kuchni, oparta o zmywarkę, która i tak nie działa od stycznia, i trzymam telefon jak zepsuty kran. Bogna mówi coś, czego nie słyszę. Piana na ogórkach opada, słoiki bulgoczą w spiżarni, a ja patrzę na liść wiśni przyklejony do szklanej ściany i myślę, że wszystko, co kwaśnieje, musi się kiedyś ustabilizować.

We wtorek rano biorę słoik, odkręcam denko i wyjmuję pierwszego ogórka. Jest twardy, pęka w palcach, sok tryska na gazetę. Jem pół na stojąco, w kuchni, przy tym otwartym oknie, za którym sąsiad z naprzeciwka podlewa pelargonie. Ogórek smakuje jak dzieciństwo, jak czterdzieści lat temu, kiedy matka wynosiła kamionkę z kotłowni. Pół ogórka kładę na parapecie dla muchy, która od rana tłucze się o szybę.

Południe. Zbieram się i jadę do kancelarii notarialnej w Koninie, tej przy rondzie. Zabieram ze sobą słoik ogórków. Bogna mówi, że to absurd. Ja mówię, że do urzędu trzeba z czymś, bo inaczej cię nie widzą. W kancelarii pachnie pastą do podłogi, a notariusz, młody, z brodą jak mój wnuk, patrzy na słoik i pyta, czy to łapówka. Mówię: — To dowód, że cierpliwość się opłaca. Ogórki leżały trzy dni, teraz niech inni czekają.

Otwiera akta po Czarneckim. Czytam zza jego ramienia, chociaż powinnam udawać, że nie umiem tak szybko. Działka w Turku, osiem tysięcy metrów, wartość katastralna dwieście czterdzieści tysięcy złotych. W testamencie zapis na gminę, ale jest klauzula: powodzenie zapisu znosi udziały spadkobierców ustawowych. A to znaczy — mówi notariusz, zdejmując okulary — że jeśli testament utrzyma się w mocy, ojciec Adama nie zostawił nam ani złotówki.

Bogna czeka na parkingu. Ma przy sobie psa, który znowu się boi. — I co? — pyta, zanim zdążę otworzyć drzwi. — I nic — odpowiadam. — Dopiero się zaczyna kisić.

Wnuczka cioteczna zjawia się w piątek. Ma na imię Marta i przyjeżdża czarnym audi. Staje pod naszym blokiem, dzwoni domofonem, a ja patrzę na nią z trzeciego piętra i nie otwieram. Pies Bogny warczy, pierwszy raz w życiu. Marta krzyczy przez domofon, żebym nie myślała, że jej się oberwie, bo ona wie, że Adam to był syn alkoholika i że ojciec go wydziedziczył. Krzyczy to na całe podwórko, a sąsiadka Irena wychodzi po pocztę i udaje, że nie słyszy.

Wieczorem wyciągam czternaście słoików. Ustawiam je na stole w kuchni, jak żołnierzy. Solanka w każdym mętna, piana opadła. Ogórki mają kolor świeżej oliwy, pachną koprem i chrzanem, i tym, czego nie da się kupić. Zakręcam denka mocno, rzeczywiście tego wieczora, każdy słoik, jeden po drugim. Potem stawiam je z powrotem do spiżarni, zamykam drzwi na klucz, a klucz kładę do pudełka po kredkach, tam, gdzie Adam trzymał śruby.

W sobotę dzwonię do Bogny i mówię, że znalazłam sposób. Zgadza się bez pytania, bo siostra to siostra. Wieczorem podjeżdżamy pod dom Marty w Starym Koninie. Ma willę z tarasem i ogródkiem, w którym rosną same róże. Zostawiamy na progu jeden słoik. Na kartce piszę: „Kwaśne ogórki Jadwigi z Turku. To jedyne, co dostało się z tamtej ziemi. I jedyne, co oddam.”

Rano Marta dzwoni dwadzieścia razy. Nie odbieram. W południe przychodzi list polecony — kancelaria informuje, że znalazła nieścisłość w pełnomocnictwie Marty. Sprawa się rozmywa. Może znajdzie drugiego adwokata, może nie. Mnie to już nie rusza.

Siedzę na balkonie, na tym od południa, trzymam słoik z ostatnim ogórkiem, którego nie wysłałam. Otwieram, wyjmuję jednego, wgryzam się. Skórka stawia opór, potem puszcza z trzaskiem, który słyszę przez całą kuchnię. W środku ogórek jest chłodny, kwaśny od samej siebie, od soli i czasu, i od tej ciemnej niszy pod schodami, gdzie Adam zbił półkę ze skrzynek po jabłkach. Połowę zjadam, resztę zostawiam w słoiku. Zakręcam denko, tym jednym ruchem, który opanowałam przez czterdzieści lat małżeństwa: do oporu, a potem pół obrotu z powrotem.

Na dole, na chodniku, Marek, sąsiad z naprzeciwka, podlewa pelargonie. Patrzy w górę i macha ręką. Celuje bukietem ogórków, tych małych, co mu nie weszły do słoika, i krzyczy coś o tym, że u niego w tym roku nic nie wyszło, bo lał. Krzyczę mu, że kisić trzeba tylko na zimno, i wtedy czuję, że mogę już odłożyć telefon, zamknąć okno i dać tej kuchni spokój na trzy dni.

Jeszcze tylko spiszę przepis. Chemik od sąsiadki, ten z uniwersytetu, mówił mi kiedyś, że do kiszenia potrzebne są trzy rzeczy: sól, która nie daje żyć złemu, czas, który daje żyć dobremu, i ciemność, w której nikt się nie wtrąca. Matka mówiła to samo, tylko ładniej, po swojemu, nad kamionką w kotłowni. Ileż to lat, tyle soli, a każda kiszonka i tak ma osobny smak, sam widzisz.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 − 11 =

Kwaśne ogórki Jadwigi z Turku