Córka przyszła po świętach, w drugi dzień po Trzech Królach. Przyszła z mężem, Bartkiem. Bartek trzymał w rękach karton z ciastem z Biedronki, na wierzchu leżał paragon — 23 złote 99. Pamiętam, bo potem długo nie mogłam się od tego paragonu uwolnić.

Córka ma na imię Judyta. Trzydzieści cztery lata, pracuje w korpo, wynajmują z Bartkiem mieszkanie na Prądniku. Wpadli w sobotę, koło jedenastej, akurat nastawiłam żurek i chciałam zamrozić połowę.

— Mamo, mamy pytanie — zaczęła Judyta, zanim jeszcze zdjęła buty. A Bartek wcisnął mi ten karton. — Jak miała na imię babcia?

Zamarłam z łyżką w ręku.

— To znaczy… twoja babcia? Moja mama?

— No. Twoja mama.

— Salomea.

Zapadło milczenie. Bartek otworzył ciasto, nikt nie sięgał. Judyta wyciągnęła telefon, coś stukała.

— Salomea — powtórzyła, jakby próbowała to imię na zębach. — A jakoś inaczej? Miała drugie imię? Może bierzmowanie?

Umyłam ręce, wyjęłam talerzyki. W kuchni pachniało majerankiem, na parapecie stała jeszcze rozpięta choinka, bo z rozbiórką czekałam na wnuki.

— Bierzmowanie to nie jest imię — powiedziałam. — Była Salomea. Wystarczy.

Judyta westchnęła i popatrzyła na Bartka. Ten wzruszył ramionami — to był ich drugi język, język par, w którym wszystko już było ustalone, a ja miałam tylko zainscenizować swoją kwestię.

— Bo my szukamy — zaczęła Judyta — tylko proszę cię, bez komentarzy… Szukamy staromodnego imienia dla dziewczynki. I pomyśleliśmy, że babcia miała ładne.

— To nie myśleliśmy cię traktować jak…

— Judyta. — Położyłam dłoń na stole. — Gdyby dziewczynka miała dostać to imię, znaczy, że… — Przerwałam. — Po prostu powiedz, skąd.

Zamilkła. A Bartek powiedział to, czego moja córka chyba przez pół roku nie umiała z siebie wykrztusić:

— Będziemy mieli córkę w czerwcu. Potrzebne imię, bo inaczej nie załatwimy kołyski z tabliczką. A na tabliczce musi być imię. Taką zamówiliśmy u stolarza spod Częstochowy.

Zajęło mi chwilę.

— Ciąża?

— Piętnasty tydzień — powiedziała Judyta jakoś cicho. Tak cicho, że pies sąsiada z dołu akurat szczeknął, jakby za nią odpowiedział.

Powinnam była rzucić ścierkę, zarzucić jej ręce na szyję, rozpłakać się. A ja stałam i myślałam o tym, że babcia Salomea nie dożyła nawet sześćdziesiątki. I że historia jej imienia nie jest darem do wręczenia. To była święta, to jasne, ale ta nasza Salomea — nie było w niej żadnej łagodności. Gdyby imiona niosły coś dalej, wnuczka dostałaby w posagu zawartość tej szuflady w kredensie.

— Masz może zdjęcia babci? — Judyta ożywiła się, wyjęła z torby notes. — Bo chcemy zrobić taką ramkę, przy łóżeczku. Stare zdjęcie, imię i data. Wiesz, taka rodzinna rzecz.

— Zdjęcia są.

— To super.

— Tylko że ja ci ich nie dam.

Wtedy oboje na mnie popatrzyli. Bartek trzymał widelec nad ciastem, ale zamarł. Judyta otworzyła usta i zamknęła, jak ryba wyjęta z Zalewu.

— Mamo?

— A ty wiesz, co wiesz o babci? — zapytałam. — Poza tym, że staromodne imię?

— No… urodziła się w Przemyślu. — Judyta zmarszczyła nos. — Albo w Jarosławiu. Miała pięcioro rodzeństwa. Pracowała w magistracie, zanim urodziłaś ty i wujek Marek. Zmarła w 1998. No i podobno potrafiła śpiewać.

— Potrafiła. — Z powrotem odwróciłam się do kuchenki, wlałam łyżkę śmietany do żurku chociaż był już zaciągnięty. — Tylko że to nie wszystko.

Z kredensu wyjęłam kluczyk, który od trzydziestu lat wisiał na tym samym gwoździku. Judyta dobrze znała ten kluczyk — w dzieciństwie myślała, że otwiera skrzynię ze skarbami. W jakimś sensie otwierał.

— Babcia Salomea — zaczęłam, wsadzając klucz do szuflady — nie zmarła po prostu, Judyta. Odeszła z powodu trzeciej ciąży.

Bartek odłożył widelec.

— To nie była choroba — mówiłam, wyciągając kopertę. — To była aborcja. Zrobiona w domu. W 1960. Bo twój dziadek, mój ojciec, powiedział, że nie utrzyma szóstki gęb. A piątka mu wystarczy. I że jak ona sobie zrobi coś z tym, to on nic nie widział, nic nie słyszał.

W kuchni zrobiła się taka cisza, że słyszałam, jak w zamrażalniku pęka lód.

— I umarła? — Judyta wreszcie wykrztusiła. — Babcia?

— Umarła trzy dni później. Krwotok. Pogotowie przyjechało za późno, bo ojciec nie chciał dzwonić od razu. Bo by się wydało.

Rozłożyłam na stole kopertę. Były tam: akt zgonu, wycinek z gazety diecezjalnej, dwa listy od siostry Salomei, która wiedziała. I zdjęcie — czarno-białe, kobieta z upiętymi włosami, ta sama twarz co u Judyty, tylko szczuplejsza, jakby już z tamtej strony.

— Chcesz ją tak uhonorować? — zapytałam. — Dasz po niej imię, powiesisz to zdjęcie przy łóżeczku dziecka, które właśnie pojawia się w rodzinie? Proszę, ale najpierw powiedz mi, co z tą wiedzą zrobisz. Bo staromodne imię to jedno, ale ta historia to nie dekoracja.

Bartek siedział jak spoliczkowany. Judyta patrzyła na wycinek z gazety, na listy. Wzięła akt zgonu do ręki, przeczytała coś, może przyczynę zgonu, i odłożyła z powrotem, tak jakoś równiutko, jakby mogła to naprawić.

— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? — zapytała.

— Bo z tą historią nie da się żyć lekko — odpowiedziałam. — Ktoś ją musi trzymać w tej szufladzie. A ty teraz chcesz wyciągnąć z niej imię, jakby imię było wolne.

Długo siedzieliśmy przy tym stole. Ciasto wyschło, nikt go nie tknął. Judyta spytała jeszcze, czy babcia chciała tego trzeciego dziecka. Nie wiedziałam. Czy ojciec żałował. Też nie wiedziałam. Czy ciocia Zosia, ta siostra z listów, pomagała. W liście napisała, że za późno się dowiedziała.

Potem Judyta wstała, podziękowała i powiedziała, że musi to przemyśleć. Bartek zabrał karton z ciastem — tym samym, z tym paragonem. Na pożegnanie pocałował mnie w policzek.

Tydzień później czekałam, kiedy przyjdą i powiedzą: „Zdecydowaliśmy”. Ale nie przyszli. Zadzwoniła Judyta.

— Mamo, my z tym imieniem… jednak dziękujemy — powiedziała. — Wybraliśmy inne.

— Jakie?

— Nadia.

— Ładne.

— Wiesz co jeszcze? — Judyta zawiesiła głos. — Bartek znalazł w sieci tę stolarnię pod Częstochową. I wie pani, co zrobiliśmy? Zamówiliśmy kołyskę z tabliczką. Ale nie z imieniem. Z datą. Salomea, 1931–1960. Powiesimy na ścianie obok. Niech Nadia wie, że była taka kobieta w rodzinie. I że jej nie wymażemy, nie schowamy papiery z powrotem.

Słuchałam, stojąc w kuchni. Patrzyłam na kluczyk na gwoździku. Na parapecie, między doniczkami, leżał nóż do listów.

— Powiedz Bartkowi, że to dobra decyzja — odezwałam się w końcu. — Ale że następnym razem ma przyjechać z ciastem z Michalskiego, nie z dyskontu. Babcia by mu wytknęła ten paragon.

Judyta się roześmiała. Pierwszy raz od dnia, kiedy tu przyszli.

Po rozmowie otworzyłam szufladę, wyjęłam kopertę i zrobiłam to, czego nie zrobiłam od 1998 roku. Rozłożyłam wszystkie dokumenty na kuchennym stole, jeden obok drugiego, jak bieliznę do krochmalu. Wzięłam nożyczki. Wycięłam twarz Salomei ze zdjęcia. Tylko twarz — owal, oczy, usta. Resztę zdjęcia wrzuciłam do miski.

Do zmroku zdążyłam. Na kartce od Judyty, tej z notesu, narysowałam małą tabliczkę: „Salomea, 1931–1960. Od Nadi”. Włożyłam, zamiast pioruna, do pudełka po butach. Takiego po lakierkach Judyty z podstawówki.

A starą miskę po zdjęciach porcelanową, pamiątkę z tym, co zostało, schowałam do szuflady. Niech sobie leży. Niech czeka na następnego, kto przyjdzie po imię.

Tylko imię z szuflady już nie wyjdzie samo. Zostanie z tym, co do niego przywarło. A ja w końcu nie muszę tego sama dźwigać.

Pies sąsiada z dołu zaszczekał trzy razy, potem ucichł.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 1 =

Córka przyszła po świętach, w drugi dzień po Trzech Królach. Przyszła z mężem, Bartkiem. Bartek trzymał w rękach karton z ciastem z Biedronki, na wierzchu leżał paragon — 23 złote 99. Pamiętam, bo potem długo nie mogłam się od tego paragonu uwolnić.