Ktoś tu bawi się nie swoim czasem

Teściowa do dziś twierdzi, że to ja zepsułem jej urlop w termach. A ja tylko nie chciałem zostać darmowym monterem mebli w sobotę rano.

Nazywam się Marek Zawadzki, mam trzydzieści sześć lat, jestem elektroakustykiem w Filharmonii Śląskiej w Katowicach. Moja teściowa, Grażyna Wesołowska, wciąż wypomina mi tamten weekend przy każdej okazji. Zacznę od tego, co się właściwie stało, bo z jej strony pewnie brzmi to inaczej.

Moja żona, Kaśka, jest konserwatorką zabytków w Muzeum Śląskim. We wtorek, na który teściowa przełożyła nam wyjazd, Kaśka miała montować wystawę osiemnastowiecznych map — coś, na co czekała pół roku. Ja tego samego dnia miałem odsłuch generalny przed premierą w Teatrze Śląskim. Nie dało się tego przełożyć, to nie jest praca, w której mówisz „może jutro".

Tydzień wcześniej wysłałem mamie maila z linkiem do naszej rezerwacji w pensjonacie pod Wisłą — chciałem jej pokazać zdjęcia tarasu z widokiem na Baranią Górę, bo strasznie się cieszyła, że w końcu gdzieś wyjeżdżamy. Nie zauważyłem, że na dole maila został aktywny link do zarządzania rezerwacją i kod dostępu. Tani błąd, głupi błąd. Ale intencja była taka, żeby ją ucieszyć, nie żeby dać jej klucz do naszego kalendarza.

Moja siostra, Ola, kończyła najem mieszkania na Ligocie — umowa wygasała w niedzielę wieczorem, klucze trzeba było oddać. Mama zobaczyła w tym okazję: skoro i tak mamy wolny weekend, to czemu by nie przesunąć nas na wtorek-środę, a sobotę oddać na przeprowadzkę Oli? Zamówiła firmę przewozową na dwie godziny, my mieliśmy dokończyć — ja rzekomo miałem skręcić szafę i powiesić karnisze, Kaśka poukładać wszystko po szafkach.

Zadzwoniła do Kaśki pierwsza, nie do mnie. Typowe. Oznajmiła jej to jak fakt dokonany — rezerwacja już przeniesiona, nie ma co dziękować. Kaśka zapytała, na jakiej podstawie mama rozporządziła cudzą, opłaconą rezerwacją. W tej samej chwili na telefonie wyskoczyło powiadomienie o zmianie terminu.

Ja bym się wściekł od razu. Kaśka nie. Odłożyła telefon, zadzwoniła do recepcji pensjonatu, podała moje nazwisko i cztery ostatnie cyfry karty, poprosiła o anulowanie zmiany. Stare daty wróciły, zanim ktokolwiek zdążył sprzedać nasz pokój dalej.

Wieczorem, kiedy wróciłem z próby, Kaśka opowiedziała mi wszystko przy kuchennym stole, nad resztką zimnej herbaty, którą zapomniałem dopić rano. Otworzyłem tę przeklętą korespondencję na telefonie i zobaczyłem ten link. Sam sobie dałem powód do wstydu.

Zadzwoniłem do mamy. Powiedziałem jej wprost: jedziemy w sobotę, jak było zaplanowane, Kaśka przywróciła rezerwację. I wtedy usłyszałem coś, co mnie naprawdę zdziwiło — nie krzyk, tylko panikę.

— Jak to jedziecie?! Przeprowadzka już ruszyła! Firma jest opłacona tylko na dwie godziny, wniosą rzeczy i pojadą do następnego zlecenia! Montaż nie jest w cenie! Ola sama sobie nie poradzi!

Powiedziałem, że skoro to jej plan, to niech ona pomoże Oli. I tu mama nagle spuściła z tonu, zaczęła się plątać:

— Ja nie mogę, wykupiłam pobyt w termach Bania w Białce Tatrzańskiej na te dni. Basen z wodą termalną, masaż gorącymi kamieniami, zabiegi. Myślałam, że skoro i tak przewozicie Olę, to po co się kręcić pod nogami. Karnet bezzwrotny.

Stałem w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyłem na plamę po herbacie na blacie, której nikt nie zdążył wytrzeć. Cały ten misterny plan istniał po to, żebyśmy byli darmową ekipą remontową, a ona miała leżeć w wodzie o temperaturze trzydziestu czterech stopni.

— Szkoda, mamo — powiedziałem, bez cienia współczucia w głosie. — Przeprowadzki Oli nie da się cofnąć, klucze trzeba oddać. Będziesz musiała przełożyć kamienie i zabiegi. Miłego weekendu wśród kartonów.

Rozłączyłem się.

Weekend pod Wisłą był dokładnie taki, jak sobie wymarzyliśmy. Powietrze pachniało żywicą, w pensjonacie podawali żurek z suszonymi grzybami i kluski na parze, a wieczorami było tak cicho, że słyszałem tylko własny oddech i pohukiwanie sowy gdzieś za oknem. Telefon trzymałem w trybie cichym, ale co jakiś czas i tak zerkałem, bo wiadomości od mamy przychodziły same, bez pytania.

Wyjazd do term przepadł razem z bezzwrotnym karnetem. Zostawić córkę z rzeczami na klatce mama nie mogła, więc w sobotę rano wciągnęła stare dresy i pojechała przyjąć na siebie to, co sama zaplanowała. Firma przewozowa, zgodnie z opłaconym czasem, w dwie godziny wniosła meble i kartony, zastawiła nimi przedpokój i wolny pokój, po czym odjechała do kolejnego zlecenia. Ola, przyzwyczajona, że wszystko układa się samo za sprawą matki, stała pośrodku tego bałaganu i nie bardzo wiedziała, od czego zacząć.

Skoro darmowy brat-akustyk się nie zjawił, mama musiała w trybie awaryjnym szukać montera kuchni i elektryka, płacąc za pilny dojazd z własnej kieszeni. W sobotę po południu przyszła od niej długa wiadomość głosowa: „Marek! Monter chce dopłaty za wycięcia w blacie pod rury! Gdzie w tej okolicy kupić kołki do betonu?! Czemu w markecie budowlanym takie kolejki?!"

Zamiast masażu mama sama składała tanią komodę z płyty laminowanej. Instrukcja znalazła się na dnie kartonu dokładnie w momencie, gdy bok był już przykręcony na odwrót, po raz drugi.

W niedzielę wieczorem, kiedy wracaliśmy z gór, zadzwoniła jeszcze raz — już bez pretensji, tylko zmęczonym głosem, że plecy bolą, że nie spała całą noc na materacu rozłożonym między kartonami. W tle słyszałem, jak Ola pyta, gdzie ma wsadzić śrubokręt, bo drzwiczki od szafki znowu nie chcą się domknąć.

Do dziś, kiedy odwiedzam Olę na Ligocie, ta komoda stoi w kącie przedpokoju, przekrzywiona na jedną stronę, z jedną szufladą, która nie domyka się do końca. Ola mówi, że nie ma serca jej wyrzucić.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − 1 =

Ktoś tu bawi się nie swoim czasem