— Wynocha stąd!!! Mówię ci: idź już! Co się tu pałętasz?! — Krystyna Matwiejewna z hukiem postawiła …

Wynocha!!! Mówię ci wynoś się stąd! Po co się tu kręcisz?! Jadwiga Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielką miskę z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaka. Idźże sobie! Kiedy twoja matka wreszcie się tobą zajmie?! Nierobie!

Chudy jak patyk Adaś, znany wszystkim raczej jako Cyganek ze względu na swoją sylwetkę, spojrzał na surową sąsiadkę i powłóczył nogami do swojego ganku.

Ogromna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Tak naprawdę żyły tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpenkowie Zosia z Adasiem.

Ci ostatni stanowili owe pół rodziny, z którą nikt się specjalnie nie liczył i wolał ignorować, póki nie było to konieczne. Zosię omijano, nie była ważną personą nie trzeba było dla niej tracić czasu.

Zosia prócz syna nie miała nikogo. Bez męża, bez rodziców poniewierała się, jak mogła. Sąsiedzi patrzyli na nią z ukosa, choć nie czepiali się jej specjalnie, chyba że trzeba było pogonić Adasia, zwanego przez wszystkich Cyganek; jego chude, długie jak u konika ręce i nogi oraz wielka głowa osadzona na cienkiej szyjce budziły sceptycyzm.

Był niepozorny, bojaźliwy, z wielkim sercem. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok płaczącego dziecka; zaraz podbiegał pocieszać, za co często zbierał od matek, które nie chciały tego Stracha przy swoich pociechach.

Kim jest Strach na Wróble, Adaś dowiedział się dopiero potem. Mama podarowała mu książkę o dziewczynce Dorotce i wtedy zrozumiał, czemu tak go nazywają.

Ale nie obrażał się. Uznał, że skoro czytali tę książkę, wiedzą, że Strach na Wróble był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a potem został władcą pięknego miasta.

Zosia, kiedy się tym z nią podzielił, nie wyprowadzała go z błędu. Uznała, że lepiej, by myślał o ludziach lepiej, niż na to zasługują. Świat przecież i tak jest pełen zła, a jej syn jeszcze się go nałyka…

Zosia kochała syna bezgranicznie. Przebaczyła jego ojcu i jego winy, przyjęła swoje losy jeszcze w szpitalu, kiedy położna mówiła jej, że Adaś urodził się nie taki.

Nie gadaj! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!

A kto się kłóci?! Rozumny może nie będzie…

Zobaczymy! głaskała twarz niemowlęcia łamiącym się głosem.

Pierwsze dwa lata wlekła Adasia do lekarzy, wymogła na nich konkretną diagnozę. Jeździła do miasta, trzęsąc się w wysłużonym PKS-ie i tuląc syna, szczelnie opatulonego.

Nie zwracała uwagi na współczujące spojrzenia, a jeśli ktoś próbował ją pocieszać lub doradzać, potrafiła być jak wilczyca:

Oddaj swoje dziecko do domu dziecka! Nie? To nie potrzebuję twoich rad! Sama wiem, co robić!

Po dwóch latach Adaś wyrównał się fizycznie i rozwojowo niemal dogonił rówieśników, ale przystojniakiem nie był. Wielka, lekko spłaszczona głowa, patykowate ręce i nogi i chudość, z którą Zosia walczyła, jak tylko umiała.

Samą siebie ograniczała we wszystkim, żeby dać synowi to, co najlepsze i to odbiło się na jej zdrowiu. Mimo wyglądu, Adaś prawie nie dawał lekarzom powodów do trosk i tylko kiwali z podziwem głowami, widząc, jak filigranowa Zosia tuli swojego Cyganka.

Takich matek mało! I popatrzcie, groziła mu niepełnosprawność, a teraz? Bohater! Inteligent, po prostu!

Tak! Mój synek taki właśnie jest!

Ale mówimy o tobie, Zosiu! Jesteś mądra kobieta.

Zosia wzruszała ramionami, nie pojmując, za co ją chwalą.

Czy matka nie ma kochać i troszczyć się o swoje dziecko? Gdzie tu zasługa… Przecież tak być powinno!

Gdy Adaś miał pójść do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, choć lekko się jąkał. Nieraz niweczyło to pierwsze wrażenie z jego talentów.

Adaś, wystarczy! Dziękuję! zbywała go nauczycielka, oddając głos komuś obok.

A potem narzekała w pokoju nauczycielskim, że chłopak jest we wszystkim najlepszy, ale czytać i odpowiadać przy tablicy nie da się go słuchać. Dla szczęścia Adasia, ta nauczycielka wytrwała tylko dwa lata, wtedy wyszła za mąż i poszła na urlop, a klasę przejęła inna.

Maria Iljinna była już w starszym wieku, miała jednak dryg i kochała dzieci jak na początku kariery. Szybko pojęła, kim jest Cyganek, porozmawiała z Zosią i skierowała do dobrego logopedy, a Adasiowi kazała oddawać zadania w pisemnej formie.

Masz piękne pismo, uwielbiam twoje wypracowania!

Adaś promieniał po takiej pochwały, a Maria Iljinna czytała na głos jego odpowiedzi, podkreślając talent ucznia.

Zosia płakała z wdzięczności i była w stanie całować ręce, które mimochodem okazywały czułość jej synkowi, ale Maria Iljinna natychmiast ucinała wszystkie podziękowania.

Zwariowała pani! To moja praca! A chłopak wspaniały! Poradzi sobie na pewno!

Adaś do szkoły biegał skaczącym krokiem, czym rozśmieszał sąsiadki.

O, nasz Cyganek kica! Znak, że i nam trzeba się ruszyć! śmiały się, ale potem szeptano: To musiała natura tak dziecka skrzywdzić… Po co go zostawiła?

Zosia znała opinie o sobie i synu, jednak nie lubiła się kłócić. Jeśli Bóg nie dał komuś serca, to nie nauczy się być człowiekiem. Szkoda czasu na pytania, czemu są tacy, jacy są lepiej zrobić coś pożytecznego, na przykład posadzić kolejną różę przed gankiem.

Duże podwórko z klombami pod każdym oknem i własnym sadkiem z tyłu nie było odgrodzone, wystarczała niepisana zasada: „pięciokąt” przy ganku to teren tego mieszkania, do którego prowadzą schodki.

Pięciokąt Zosi był najpiękniejszy. Rosły tu róże, bez, a schodki Zosia wyłożyła rozbitą płytką, wyżebraną od dyrektora domu kultury. Remontowali tam salę, a sterta gruzu błyszczała jej w słońcu jak skarb z dalekiego kraju.

Oddajcie to mnie! wkroczyła Zosia do dyrektora.

Co mam oddać? spojrzał zdziwiony.

Tę płytkę! Proszę!

Z pragnienia Zosi dyrektor się śmiał, ale pozwolił zabrać odpady. Zosia, pożyczając taczki od sąsiadów, wybierała od rana do wieczora takie kawałki, jakie potrzebowała do swojego planu.

Potem z dumnie maszerowała przez wieś, pchając taczkę, a na niej siedział dumny Cyganek.

Po co jej ten gruz? dziwiły się sąsiadki.

Ale kilka tygodni później wszystkie były pod wrażeniem efektu.

Zosia nigdy nie bywała w muzeach czy za granicą, nie widziała greckich fresków, ani bizantyjskich bazylik. A jednak jej gust bezbłędnie podpowiedział, jak rozporządzić tym, co dostała w ręce. Ganek, wyłożony płytkami, stał się cudem, który oglądała cała wieś.

Popatrz tylko! Toż to arcydzieło!

Zosia nie reagowała. Było jej obojętne, co kto pomyśli. Najważniejsze słowa usłyszała od syna:

Mamusiu, jak tu pięknie

Adaś, siedząc na schodku, wodził palcem po mozaice, rozpływając się z zachwytu, a Zosia znów rzewnie płakała. Jej syn był szczęśliwy

A powodów do szczęścia miał niewiele w życiu. Czasem pani go pochwaliła, czasem mama zrobiła mu coś dobrego i przytuliła, szepcząc, jaki jest mądry i kochany to były jego największe radości.

Przyjaciół Cyganek prawie nie miał. Za chłopakami nie nadążał, a książki lubił bardziej niż piłkę. Dziewczynki trzymały się z daleka, a najbardziej złościła się sąsiadka Jadwiga, która miała trzy wnuczki pięcio-, siedmio- i dwunastoletnią.

Ani się waż podchodzić do nich! groziła Cyganowi pięścią. To nie twoje poziomki!

Co działo się w jej trwałej, stukającej od plotek głowie, nie wiedział nikt. Zosia zakazała Adasiowi kręcić się przy Jadwidze.

Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje

Posłuszny Cyganek trzymał się z daleka i nawet tamtego dnia, gdy Jadwiga szykowała uroczystość, tylko przechodził obok, w ogóle nie chcąc się dołączyć do świętujących.

O rany, grzechy moje ciężkie westchnęła Jadwiga, przykrywając pierogi haftowaną serwetą. Jeszcze powiedzą, że jestem skąpa! Poczekaj!

Wybrała kilka pierogów i dogoniła chłopaka.

Masz! I żeby mi cię nie było w obejściu! Mamy święto! Siedź cicho u siebie, aż mama wróci z pracy! Rozumiesz?

Adaś skinął głową, przyjmując i dziękując za pierogi, choć Jadwigę już pochłonęły przygotowania. Już miała zjechać rodzina, przywieźć wnuczki zbliżały się imieniny ukochanej, najmłodszej wnuczki Natalki. Jadwiga chciała to uczcić z rozmachem, a syn sąsiadki, cherlawy Cyganek, był jej niepotrzebny!

Nie miał dzieci straszyć tymi patykowatymi łapami! Spać potem nie będą! Jadwiga westchnęła, wspominając, jak próbowała odwieść sąsiadkę od zostawienia sobie dziecka.

Po co ci dziecko, Zoska?! Po co ci to? I tak nic mu nie dasz. Przepije się albo zamarznie pod płotem!

Widziałaś mnie kiedyś z kieliszkiem w ręce? Zosia zawsze odpowiadała ostro.

To nic nie znaczy! Taką biedę masz, jaka i dla ciebie, i dla dziecka tylko marny los! Nie wiesz, co znaczy być matką! Nikt cię nie nauczył! Lepiej się pozbądź, póki czas!

I czego jeszcze?! Wstydź się! Sama jesteś matką!

Ciebie się nie wstydzę! Ja swoim dzieciom życie dałam i podniosłam je a ty? Co mu dasz? Nic! Pomyśl sama!

Zosia przestała z Jadwigą rozmawiać. Chodziła obok, dumnie niosąc swój wielki, niezgrabny brzuch i nie patrzyła w jej stronę.

Czego się na mnie złościsz? Chcę tylko dobrze! kiwała głową Jadwiga.

Ale twoje dobro cuchnie! A mnie mdli!

Głaskała brzuch, uspokajając nieznanego sobie wtedy Cyganeczka:

Nie bój się, kochanie. Nikt cię nie skrzywdzi!

O wszystkich przykrościach, które go spotkały przez osiem lat życia, Adaś mamie nie mówił, żeby jej nie martwić. Gdy bardzo bolało, płakał po cichu w kącie, ale milczał. Wiedział, że mama martwiłaby się o wiele bardziej niż on sam. Krzywdę zmywały z niego łzy szybko, bez goryczy i złości. Już po chwili zapominał, kto co do niego powiedział, żałując tylko dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostego.

Bez złości i urazy żyje się lżej

Jadwigi Adaś się od dawna nie bał, choć nie pałał sympatią. Zawsze, gdy groziła mu palcem i mówiła coś złośliwego, czmychał, by nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć ostrych słów. A gdyby zapytała, co sądzi o tym wszystkim, bardzo by się zdziwiła.

On ją żałował. Z całego serca, jak tylko on umiał. Było mu szkoda tej kobiety, która marnowała swoje chwile na złość.

Adaś te chwile cenił najbardziej na świecie. Zrozumiał, że nic nie ma większej wartości ani nie może być odzyskane jak właśnie czas.

Tik-tak! powie zegar.

I po wszystkim…

Nie ma chwili! Znikła złapać jej już nie sposób! Nie kupi jej za żadne pieniądze, nie wymieni nawet na najpiękniejszy papierek po cukierku.

Ale dorośli tego nie rozumieli…

Usiadłszy na parapecie w swoim pokoju, Adaś jadł pieroga, patrząc, jak wnuczki Jadwigi i inne dzieci biegają po polanie za domem, świętując imieniny Natalki. Jubilatka mknęła jak kolorowy motylek w różowej sukience, a Adaś patrzył na nią oczarowany, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę albo wróżkę.

Dorośli ucztowali przy wielkim stole pod gankiem Jadwigi, dzieci bawiły się chwilę i pobiegły w stronę starej studni na łące za domem.

Gdy tylko dzieciarnia rzuciła się w tamtą stronę, Adaś pobiegł do sypialni mamy z jej okna było widać całą łąkę. Długo obserwował grę, klaszcząc w dłonie i ciesząc się z zabawy, aż zaczęło zmierzchać.

Jedno z dzieci wróciło do rodziców, inne zaczęły nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy studni i zwróciła uwagę Cyganka.

Lało się kiedyś, że przy studni niebezpiecznie. Zosia nie raz ostrzegała syna.

Studnia jest zgniła! Nie zaglądaj tam, bo nikt cię nie usłyszy. Rozumiesz? Nie podchodź!

Nie będę!

Moment, gdy Natalka zniknęła przy krawędzi studni, Adaś przegapił zapatrzył się na chłopaków, którzy utworzyli kółko. Rozejrzał się za różową kropką i zamarł.

Natalki nie było…

Adaś wybiegł na swój ganek i w mgnieniu oka połapał się, że nie ma jej również wśród dorosłych, którzy śpiewali przy stole.

Nie powiedzieć nikomu, że trzeba się ratować, przyszło mu później do głowy. Teraz po prostu zbiegł po schodach i pognał na tyły domu, nie słysząc rozjuszonego wrzasku Jadwigi:

Kto mówił, żeby w domu siedzieć?!

Dzieci, zajęte sobą, nie przejęły się zniknięciem Natalki, nie zauważyły nawet, że Adaś dobiega do studni, a potem krzyczy, widząc coś jasnego na dnie:

Przyciśnij się do ściany!

Żeby jej nie uderzyć, Adaś położył się na rancie studni, opuścił nogi i, ślizgając się po spróchniałych klepkach, zsunął się w ciemność.

Skakał do studni, wiedząc, że Natalce liczy się każda chwila.

Pływać nie umiała…

Adaś dobrze to wiedział, bo nie raz taplał się w płytkiej wodzie na miejskiej plaży obok Jadwigi, która syczała na niego i na próżno usiłowała nauczyć wnuczkę pływać.

Pływania nie nauczyła się, ale Cyganka się bała, bo babcia ją tak nauczyła. Teraz, połykając cuchnącą pleśnią wodę, chwyciła Adasia za ramiona.

Już, nie bój się! Jestem z tobą! objął ją za szyję, jak mama kazała. Trzymaj się! Ja będę wołał!

Ręce ślizgały się po śliskich deskach; Natalka ciągnęła na dno, lecz Adaś zdołał nabrać powietrza i krzyknąć ile sił:

Pomocy!

Nie wiedział, że dzieci z polany uciekły zaraz po tym, jak ciemna woda połknęła go. Nie wiedział, czy starczy mu sił do nadejścia dorosłych, czy go kto usłyszy…

Wiedział jedno to śmieszne dziewczę w różowej sukience musi żyć. Bo i piękna, i chwile tak szybko przemijają.

Jego głos nie od razu usłyszano.

Jadwiga, akurat niosąc pieczoną gęś, szukała wzrokiem wnuczki i zamarła:

Gdzie jest Natalka?!

Goście, już lekko wstawieni, nie zrozumieli od razu, o co jej chodzi, była gotowa wywrócić stół i krzyczała tak, że nie tylko biesiadnicy, ale ulica zadrżała.

A Cyganka usłyszała może raz, drugi, słabnący głos:

Mamo

I Zosia, wracając z pracy, jakby wyczuła, że coś jest nie tak, przyspieszyła kroku. Minęła sklep, nie witając sąsiadek na ławce, i popędziła do domu, czując, że musi biec ile sił…

Wpadła na podwórko akurat w tej samej chwili, gdy Jadwiga schwyciła się za serce i opadła na schodki ganku Zosi. Nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, pobiegła na tyły domu, gdzie zwykle bawił się Cyganek. Usłyszała głos syna.

Jestem tu, synku!

Nie trzeba było zgadywać, skąd dochodzi. Jej od dawna przerażała ta studnia nie raz chodziła do urzędu, by ją zasypać, czy chociaż zabezpieczyć lepiej. Jej nie wysłuchano. Chuda barierka z patyków, niby płotek, nie zatrzymała dzieciaków. Nikomu, tylko jej, nie zależało

Nie było czasu do stracenia. Zosia pobiegła do domu, chwyciła sznur, na którym suszyła pranie, i wybiegła na ganek, krzycząc:

Za mną! Trzymajcie!

Na szczęście zięć Jadwigi był trzeźwy i w mig zrozumiał, o co chodzi Zosi. Zawiązał solidny węzeł, owinął sznurem wątłą Zosię:

Leć! Trzymam!

Natalkę Zosia dopadła od razu. Dziewczynka objęła ją mocno ramionami i nogami, przytieulając się zapłakana do Zosi, która aż zadrżała z przerażenia.

Kończąc ślepie przeszukiwać brunatną wodę ręką po syna, nie wierząc, że jeszcze żyje…

Znów modliła się rozpaczliwie tak samo, jak kiedyś pod niebem na porodówce:

Boże! Nie zabieraj!

Zwinna ręka napotkała coś cienkiego i śliskiego. Szarpnęła dar wody na siebie i wyciągnęła Adasia, bojąc się myśli, czy oddycha. Krzyknęła rozpaczliwie:

Ciągnij!

I właśnie wtedy, już unosząc się nad wodą, usłyszała cichutkie, zachrypnięte:

Mamusiu

Po dwóch tygodniach w miejskim szpitalu Adaś wrócił do miasteczka bohaterem.

Natalkę wypisano szybciej. Napołykała się wody, wystraszyła, ale poza rozdartą sukienką i kilkoma podrapaniami była cała.

Adasiowi dostało się gorzej. Złamane nadgarstek bolało, miał problemy z oddechem, ale mama była przy nim, a strach o Natalkę minął, gdy ta przyszła go odwiedzić z rodzicami. Adaś cieszył się, że niedługo znowu będzie w domu wśród książek i swojego ulubionego kota.

Mój kochany chłopcze! Boże! Gdyby cię nie było… płakała Jadwiga obejmując Adasia Wszystko, czego chcesz…

Po co? Adaś wzruszył głową Zrobiłem, co trzeba. Chyba jestem mężczyzną?

Jadwiga nieznajdując słów, po prostu go przytuliła nie wiedząc jeszcze, że ten niepozorny chłopak z przydomkiem Cyganek, za parę lat wywiedzie transporter z rannymi spod ostrzału. I potem zrobi dla każdego wszystko, jak kiedyś dla Natalki nieważne, kto był kim. A na pytanie, czemu to robi, skoro go krzywdzono odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest słusznie!

***

Drodzy Czytelnicy!

Miłość matki zna naprawdę potężną moc.

Choć Zosia przeżyła mnóstwo trudów oraz uprzedzeń, kochała Adasia ponad życie. Ta jej wiara pozwoliła mu wyrosnąć na mądrego i dobrego człowieka.

Prawdziwy bohater to nie wygląd, lecz dusza. Adaś z pozoru niepozorny okazał się tym, który bez wahania rzucił się ratować dziewczynkę ze studni. Jego czyn, nie wygląd, wyznaczył jego wartość.

Sąsiedzi, którzy pogardzali Zosią i jej synem, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Adasia. Ta historia pokazuje, że uprzedzenia kruszą się wobec prawdziwych wartości, a siłą jest zdolność wybaczania, niechowania urazy i czynienie dobra mimo krzywd.

Tak jak powiedział Adaś: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. To słuszne!

Ta historia przypomina nam, że człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają złość i obojętność, a prawdziwe piękno promieniuje od środka.

A Wy? Czy wierzycie, że dobro zawsze odnajdzie drogę że odmieni świat? Czy los sprawił Wam, że kolejno przekonywaliście się, iż pozory mylą a prawdziwym bogactwem jest czyjeś serce?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + 20 =

— Wynocha stąd!!! Mówię ci: idź już! Co się tu pałętasz?! — Krystyna Matwiejewna z hukiem postawiła …