Renata Wójcik miała czterdzieści siedem lat, kiedy jej córka Beata przyszła na niedzielny obiad z teczką pod pachą. Mieszkanie na Bemowie pachniało rosołem, telewizor mruczał w tle jakiś program o remontach, a pies sąsiadów zza ściany szczekał, jak zawsze o tej porze.
— Mamo, muszę z tobą pogadać o warsztacie taty.
Renata odłożyła łyżkę wazową. Warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Pruszkowie prowadził jej mąż Zenon przez dwadzieścia dwa lata, aż zmarł nagle na zawał trzy miesiące temu. Renata formalnie odziedziczyła firmę razem z córką — po połowie, jak stało w testamencie. Ale to Beata i jej mąż Krzysztof od tygodni „pomagali" przy papierach.
— Co z warsztatem?
— No właśnie. Krzysztof mówi, że żeby firma w ogóle działała dalej, trzeba ją przepisać na jedną osobę. Bank nie da kredytu na sprzęt, jak są dwaj współwłaściciele bez zgody notarialnej za każdym razem. Prościej będzie, jak przepiszesz swoją połowę na mnie.
Renata odsunęła talerz, jakby nagły chłód rosołu miał jej pomóc zrozumieć, co właśnie usłyszała.
— Przepiszę na ciebie połowę warsztatu twojego ojca.
— Tymczasowo. Formalność.
Ale teczka, którą Beata wyjęła, nie zawierała żadnej formalności. Był tam gotowy akt notarialny do podpisu u rejenta przy ulicy Grójeckiej, umowa przekazania udziałów za symboliczną złotówkę i — na samym spodzie — weksel in blanco, który Renata miałaby podpisać „na wszelki wypadek, gdyby bank chciał dodatkowe zabezpieczenie".
— A jeśli nie podpiszę?
— To warsztat splajtuje, mamo. Krzysztof już rozmawiał z dwoma mechanikami, którzy odejdą, jeśli nie będzie pewności co do przyszłości firmy. Ty i tak nie umiesz prowadzić księgowości. Tata zawsze mówił, że ja mam do tego głowę.
To zdanie zabolało bardziej niż cała reszta. Zenon rzeczywiście chwalił Beatę za rozgarnięcie w sprawach pieniędzy — ale nigdy, przenigdy nie powiedział, że Renata się do czegokolwiek nie nadaje.
Renata nie podpisała nic tego wieczoru. Powiedziała, że musi to przemyśleć, że warsztat to jedyne, co zostało po Zenonie oprócz mieszkania, i że chce najpierw porozmawiać z księgową, która prowadziła firmę od piętnastu lat — panią Jadwigą.
Beata wyszła obrażona, trzasnęła drzwiami samochodu tak, że sąsiedzi wyjrzeli przez okno.
Przez kolejne dni telefon dzwonił codziennie. Czasem Beata, czasem Krzysztof — zawsze z nową wersją tego samego: że czas ucieka, że mechanicy się niecierpliwią, że bank czeka do piątku, że jeśli Renata nie podpisze do końca tygodnia, warsztat trzeba będzie zamknąć, a ludzie stracą pracę.
Renata pojechała do pani Jadwigi z rachunkami firmy w reklamówce po chlebie — jedyne, co miała pod ręką. Księgowa, kobieta po sześćdziesiątce z okularami na łańcuszku, wysłuchała jej w milczeniu, po czym otworzyła laptopa i pokazała jej coś, czego Renata się nie spodziewała.
— Renato, żaden bank nie żądał niczego takiego. Sprawdziłam wczoraj, bo Krzysztof dzwonił do mnie z pytaniem o roczny bilans warsztatu — powiedział mi wprost, że planują sprzedać nieruchomość przy Kolejowej deweloperowi. Ktoś buduje tam bloki, cała ta okolica idzie pod inwestycje. Działka z warsztatem jest warta w tej chwili około siedmiuset tysięcy złotych. Beata i Krzysztof mają już umówione spotkanie z pośrednikiem na przyszły tydzień.
Renata zacisnęła palce na uchwytach reklamówki, aż plastik zaskrzypiał.
— A weksel?
— Weksel in blanco to danie Beacie prawa do wypełnienia go dowolną kwotą, kiedy tylko zechce. Gdybyś to podpisała, mogliby cię obciążyć długiem, którego nigdy nie zaciągnęłaś, i przejąć twoją część mieszkania jako zabezpieczenie. To nie jest formalność, Renato. To jest pułapka.
W drodze powrotnej z biura księgowej Renata zatrzymała się na Kolejowej, przed samym warsztatem. Brama była zamknięta na kłódkę, w oknie wisiała odręczna kartka „Zamknięte z powodu żałoby". Zenon malował tę bramę własnoręcznie dwa lata temu, w upalny lipiec, a ona przynosiła mu wtedy zimną herbatę w termosie. Wyjęła z torebki chusteczkę, przetarła nią zakurzoną tabliczkę przy wejściu, choć napis „Zenon Wójcik — Mechanika Pojazdowa" i tak dawno wyblakł od słońca.
Wieczorem zadzwoniła do Beaty i powiedziała, że przyjedzie w sobotę na spotkanie u notariusza, jak było umówione. Beata brzmiała w słuchawce prawie wesoło.
W sobotę o dziesiątej rano kancelaria notarialna przy Grójeckiej pachniała świeżą kawą z ekspresu w poczekalni. Krzysztof przyszedł w garniturze, jakby to on był stroną transakcji, nie Beata. Notariusz, mężczyzna w średnim wieku z siwiejącą brodą, rozłożył dokumenty na biurku i zaczął czytać formułki.
— Zanim podpiszemy — powiedziała Renata, kładąc na blacie własną teczkę, którą przyniosła — chciałabym, żeby pan notariusz odczytał także to.
Krzysztof zerknął na Beatę, Beata na matkę.
Renata wyjęła z teczki wydruk oferty od dewelopera, który pani Jadwiga zdobyła przez znajomego w urzędzie gminy — działka Kolejowa 14, wycena wstępna, nazwisko pośrednika, data planowanego spotkania: wtorek następnego tygodnia, godzina jedenasta.
— Nie przepisuję niczego dzisiaj — powiedziała, kładąc obie dłonie płasko na blacie, jakby chciała przygwoździć dokumenty do miejsca. — Zamiast tego chciałabym złożyć wniosek o zniesienie współwłasności warsztatu w drodze podziału fizycznego albo spłaty, zgodnie z wyceną rzeczoznawcy, którego już zamówiłam. Wycena będzie gotowa za dwa tygodnie. Do tego czasu żadna sprzedaż ani żadne przekazanie udziałów nie wchodzi w grę beze mnie jako drugiej właścicielki.
Krzysztof zerwał się z krzesła.
— To jakiś absurd, myśmy się umówili—
— Myśmy się umówili na spotkanie u notariusza. Nie na podpisanie czegokolwiek w ciemno.
Beata milczała, wpatrzona w wydruk leżący na biurku między nimi. W końcu powiedziała cicho, że to miało być dla wszystkich lepsze rozwiązanie, że przecież ona też jest córką Zenona, że też ma prawo.
— Masz prawo do połowy tego, co zostawił — odpowiedziała Renata. — Nie do całości kosztem mojej. I na pewno nie do sprzedania miejsca, w którym twój ojciec przepracował dwadzieścia dwa lata, bez jednego słowa mnie o tym.
Notariusz odchrząknął i zapytał, czy strony chcą kontynuować spotkanie, czy je odroczyć. Krzysztof wyszedł z kancelarii bez pożegnania, trzaskając drzwiami tak samo jak Beata tydzień wcześniej.
Rzeczoznawca przyjechał na Kolejową dziesięć dni później, obszedł halę, sprawdził dokumentację gruntu i potwierdził liczbę, którą Renata już znała od pani Jadwigi. Warsztat wraz z działką wart był sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych. Renata zdecydowała się na spłatę — zatrzymała swoją połowę, wynajęła halę dwóm dotychczasowym mechanikom na zasadzie dzierżawy, a Beacie zaproponowała wykup jej udziału za trzysta czterdzieści tysięcy, rozłożony na raty przez bank, jeśli rzeczywiście chce prowadzić firmę.
Beata nie zadzwoniła w tej sprawie nigdy. Zamiast tego dwa miesiące później Renata dostała od niej kartkę świąteczną z gołym tekstem życzeń, bez podpisu „córka", tylko imię. Renata postawiła kartkę na kredensie obok zdjęcia Zenona przy otwartej masce jakiegoś volkswagena, uśmiechniętego, z kluczem francuskim w dłoni, i wróciła do rachunków, które teraz sama, z pomocą pani Jadwigi, prowadziła co miesiąc.



