
2 lata temu przeprowadziłam się z córką do miasta. Przez pierwsze 5 lat jej życia mieszkaliśmy na wsi.
Teraz chciałabym opowiedzieć o pewnej sytuacji, która pokazuje dobrze dziecięcą naiwność. Kiedy przeprowadziliśmy się do miasta, wszystko było nowe dla naszej córeczki. Ciągle pytała o wszystko, co ją otacza, a ja wyjaśniałam.
– To tramwaj i dzięki niemu szybko znajdziemy się na miejscu… A to, kochanie, schody ruchome. Patrz, stoimy w miejscu, a one nas wiozą. Słuchała wszystkiego z otwartymi ustami. Patrzyłam, a nawet cieszyłam się, że moja córka jest tak wszystkim zainteresowana.
Jeden przypadek jednak różnił się nieco od innych. Z córką poszłyśmy do supermarketu po zakupy na cały tydzień. Nigdy wcześniej nie była w tak dużym sklepie i nie widziała tak dużej różnorodności towarów.
– Córko, tutaj zakupy robi się łatwiej i wygodniej. To jest koszyk na zakupy, tutaj możesz wrzucić wszystko, a sprzedawcy nawet tego nie sprawdzają. W ogóle sklep jest tak duże, że niczego nie sprawdzają.
Nawet nie wiedziałam, jaki błąd popełniłam, robiąc ten „żarcik” córce… Po 2 minutach podeszła do mnie z córką jakąś pracownica sklepu.
– Pani córka odgryzła kawałek z każdego ciasta – powiedziała kobieta – proszę iść do kasy i zapłacić za to.
Spojrzałam na córkę, a ta zaczęła płakać:
– Mamusiu, sama powiedziałaś, że nikt niczego nie sprawdzi.
– No tak – kontynuowała sprzedawczyni, gdy szłyśmy do kasy – to tak Pani wychowuje dziecko.
Moja córka narobiła takich szkód, że za te pieniądze kupiłabym jedzenia na dwa tygodnia. Ale nie mogłam jej karać, bo sama sobie głupio zażartowałam i to moja wina.



