Przyjechałam do Sopotu pierwszym porannym pociągiem, bo w domu zostawiłam kartkę, że wracam nie wiadomo kiedy. Trzy dni wcześniej syn oddał mi kluczyki do mieszkania po matce i powiedział, że "nie ma sensu trzymać dwóch adresów, skoro jesteś sama". Miał rację, a to bolało najbardziej. Wzięłam leżak, stary koc w kratę i termos z miętą, jakby to miało coś naprawić.
Na plaży rozłożyłam się blisko mola, zdjęłam klapki i wetknęłam stopy w chłodny piasek. Obok mnie babcia karmiła mewy resztkami chałki, turyści ustawiali się do zdjęć z krzywym domkiem w tle. Chciałam tylko ciszy i dnia bez telefonu syna, który dzwonił, żeby sprawdzić, czy "dobrze zniosłam rozmowę".
Po południu, koło czternastej, przyszła ich gromada. Pięcioro, może sześcioro, głośna muzyka z przenośnego głośnika, piłka, kolorowe ręczniki rzucone byle jak, jeden depnął mi prawie na koc. Chłopak w koszulce z napisem „Kaszuby" rzucał dziewczynie mokre kółko do pływania tak, że ochlapał mi termos. Poczułam znajome zmęczenie — tacy sami jak ci spod bloku, co tłuką puszki o krawężnik do trzeciej w nocy. Pomyślałam: teraz zostawią tu wszystko, popiją, pokrzyczą i znikną, a ja będę zbierać po nich niedopałki, jak zawsze.
Koło osiemnastej słońce zrobiło się pomarańczowe, zaczęłam zwijać koc, żeby zdążyć na pociąg i nie patrzeć dłużej na to towarzystwo. Wtedy zobaczyłam, jak jeden z nich, ten w okularach, wyciąga z plecaka duży czarny worek. No i proszę, pomyślałam z jadem, teraz się zbiorą i uciekną, zanim ktoś zwróci uwagę.
Tylko że oni nie wyszli.
Chłopak zbierał butelki i papierki, potem ruszył wzdłuż linii wody, tam gdzie fala wyrzucała patyki i plastikowe kubki. Dziewczyna z warkoczem wyciągnęła chusteczkę i zbierała nią niedopałki, bez grymasu, jakby podnosiła kasztany. Inny wlazł na falochron przy molo, bo między głazami utknęła reklamówka z kebabu. Wyciągnął ją, otrzepał z piasku i wcisnął do worka.
Stałam z rolką koca pod pachą i patrzyłam, bo nie wiedziałam, co zrobić z tym, co przed chwilą sobie o nich pomyślałam.
Żadne z nich nie wyjęło telefonu. Nikt nie mówił „czekaj, nagrywam". Szli brzegiem, rozmawiali o jakimś meczu, o tym, że „Biedronka zamknęła się o szesnastej i została woda tylko ciepła". A przy okazji podnosili wszystko, co leżało im pod nogami. Naliczyłam pięć pełnych worków. Zaniosły je do kontenera przy wyjściu z plaży, wrzucili, otrzepali dłonie o spodenki i poszli w stronę przystanku.
Obok mnie młoda para też to widziała. Dziewczyna szturchnęła chłopaka: „Widzisz? A ty mówisz, że dzisiejsza młodzież tylko w telefonach". Chłopak dalej patrzył na swoją pustą butelkę po coli leżącą obok ręcznika i nie ruszył się po nią.
Wzięłam swoje śmieci — papierek po kanapce, plastikową łyżeczkę, reklamówkę spod koca — i sama zaniosłam do kontenera. Ręce mi się trzęsły, kiedy je wrzucałam, i nie miało to nic wspólnego ze śmieciami.
Wieczorem, już na dworcu, podeszła do mnie dziewczyna z warkoczem, szukając w kieszeniach biletu. „Przepraszam, ma pani może złotówki? W automacie kolejka, a ja nie zdążę". Dałam jej cztery złote. Podziękowała i pobiegła do kasy. Na peronie, zanim wsiadła, odwróciła się jeszcze: „Brat kazał nam sprzątać, bo w zeszłym roku pies złapał hak z wędki na tej plaży. Musieliśmy go wieźć do weterynarza w Gdyni. Nie chcę tego jeszcze raz".
Pociąg ruszył. Patrzyłam przez okno, jak biegnie z biletem w zębach, bo ręce miała pełne mokrego koca i worka z cebulą.
W domu wyjęłam z szafki rękawice ogrodowe, te same, których nie ruszałam od pogrzebu męża, kiedy syn kazał mi "w końcu zrobić porządek na balkonie". Włożyłam je do plażowej torby, obok termosu. Rano zadzwoniłam do syna i zapytałam, czy w niedzielę mogłaby przyjechać po mnie wnuczka — powiem jej, że jadę na plażę, i że tym razem zostanę do wieczora.



