Mam prawie 30 lat. Pracuję jako agent ubezpieczeniowy w małej firmie. Nie zarabiam wiele, ale starcza mi na życie. Miałem wiele związków, ale niezbyt poważnych. Dopóki jej nie poznałem, nie myślałem nawet o małżeństwie. Na początku podobała mi się tylko fizyczne, ale potem, gdy poznałem ją lepiej, spodobał mi się także jej charakter. Ma 23 lata, ale wcale nie zachowywała się tak, jak większość jej rówieśniczek, czyli beztrosko.
Kiedy mój dzień pracy dobiegał końca, nie mogłem się doczekać, aż ją zobaczę. I tak spotykaliśmy się przez pół roku. W tym czasie przedstawiłem ją moim rodzicom, a ona mnie swoim. Po kolejnych kilku miesiącach pobraliśmy się, byłem niesamowicie szczęśliwy.
Po zalegalizowaniu związku, ślubie i hucznym weselu, Karina zamieszkała ze mną, a tydzień później poinformowała mnie, że ma już dwójkę dzieci. Na początku myślałem, że to żart. Ma 23 lata i już dwójkę dzieci? Przecież byłem u jej rodziców, rozmawiałem z jej rodzicami i słowem nie powiedzieli o żadnych dzieciach.
Niestety, Karina na żartowała. Powiedziała, że gdy miała 17 lat, spotykała się z pewnym chłopakiem i po jakimś czasie zorientowała się, że jest w ciąży. Matka zabroniła jej usuwania ciąży, a jej ukochany nagle zniknął. Jakiś czas później znów się pojawił w jej życiu. Przeprosił, że uciekł i chciał zobaczyć dziecko. Uwierzyła mu i zaczęli żyć razem. Potem ponownie zaszła w ciążę, a on znowu zmienił zdanie co do tego, czy chce być ojcem i po prostu uciekł.
Karina wraz z dziećmi musiała wrócić do rodziców. Potem poznała mnie i zakochała się, ale w obawie, że posiadanie dzieci sprawi, iż nie będzie miała u mnie szans, skłamała i poprosiła rodziców, aby ją w tym wsparli.
Byłem szczerze zszokowany. O dzieciach nie musiała mówić na pierwszej randce, na dziesiątej. Kiedy ją zapytałem, gdzie teraz są jej dzieci, to powiedziała, że u dalekiej rodziny na wsi.
Miałem poczucie, że jestem wykorzystywany i przemknęło mi przez myśl, że nie zależało jej na mnie, tylko na zawarciu małżeństwa i zdobyciu ojca dla swoich dzieci. Przysięga, że kocha, ale już nie wiem, co o tym myśleć. Dlaczego nie mogła powiedzieć o dzieciach wcześniej i dlaczego – skoro chciała wszystko ukryć – powiedziała to teraz, po ślubie? Na moje pytania odpowiada albo ciszą, albo łzami.
Naprawdę ciągle jestem zszokowany. Kocham moją żonę, ale to kłamstwo zniszczyło moje zaufanie do niej. Powiedziałem jej szczerze, że nie potrzebuję cudzych dzieci, nie będę w stanie ich pokochać, choćbym nie wiem jak bardzo się starał. Powiedziała mi zatem, że wyśle dzieci na stałe na wieś i że już nigdy ich nie zobaczymy. Ale czy na pewno?
Jak mogę żyć spokojnie, wiedząc, że oddzielam matkę od jej dzieci? W tej sytuacji nie jest mi żal ani siebie, ani mojej żony, ale jej dzieci. W końcu stały się z dnia na dzień nikomu niepotrzebne!
Jeśli zaproponuję wspólne zamieszkanie, nie będę czuł się z tym komfortowo. Przecież nie będę miał ochoty się z nimi bawić, nie chcę też udawać, że się cieszę z tej sytuacji. Chciałbym spędzić weekend z żoną, a nie dodatkowo z jej dziećmi. Poza tym nie będę ukrywać, że nie stać mnie na dwie dodatkowe osoby do wykarmienia.
Jeśli zgodzę się z decyzją mojej żony, to będzie okropne dla jej dzieci – bo jak żyć wiedzą, że własna matka je porzuciła? A żona, moim zdaniem, będzie nieszczęśliwa w głębi duszy.
Zaproponowałem, żeby zostawiła dzieci pod ich opieką, a my czasami je odwiedzimy. Żona jednak powiedziała, że rodzice będą temu przeciwni. Co powinienem zrobić? Jakie rozwiązanie mogę zastosować, aby wszystkim było dobrze?
