Nocny dyżur w Gorzowie
W czwartek o dwudziestej trzeciej dziesięć pielęgniarka Ewa Dąbrowska trzeci raz poprawiała koc na łóżku pacjentki z czwórki. Oddział wewnętrzny szpitala przy ulicy Walczaka powoli cichł, zostało tylko buczenie lodówki w dyżurce i miarowe kapanie kroplówki. Ewa kończyła zmianę o siódmej rano, ale wiedziała, że tej nocy nie zmruży oka — przyjęli kobietę po próbie samobójczej, z rozciętym przedramieniem i pustym spojrzeniem wbitym w sufit.
Nazywała się Grażyna Lis, lat pięćdziesiąt osiem, nauczycielka matematyki z Gorzowa. Przywiózł ją zięć, młody mężczyzna w rozpiętej kurtce, który tuż po przyjęciu jeszcze wychodził na korytarz z telefonem przy uchu, żeby coś ustalać. Powiedział dyżurnej lekarce, że teściowa próbowała się otruć tabletkami, że znalazł ją przypadkiem, bo wrócił po zapomniane dokumenty. Zostawił przy recepcji torbę z rzeczami i karteczkę z numerem do córki, bo sam — jak tłumaczył — musiał jechać do notariusza domknąć „inną sprawę rodzinną", która nie mogła czekać.
— Pani Ewo, ta pani z sali czwartej nie chce pić — młodsza stażystka Paulina zajrzała do dyżurki z niezdecydowaną miną.
Ewa odłożyła kubek z zimną kawą i poszła na salę. Grażyna leżała na boku, zwinięta jak dziecko, i patrzyła na kaloryfer pod oknem, jakby tam był telewizor.
— Pani Grażyno, musi pani coś wypić po kroplówce — powiedziała Ewa i przysunęła plastikowy kubek z wodą.
Kobieta nie odpowiedziała. Po chwili, nie odrywając wzroku od kaloryfera, powiedziała cicho, że córka miała przyjechać o ósmej rano.
— To dopiero za dziewięć godzin. Niech pani chociaż zwilży usta.
— Wszystko przez nią — powiedziała cicho Grażyna. — Przez tę małą zdzirę.
Ewa przystawiła sobie taboret do łóżka. Usiadła. Z torby pacjentki wysunął się róg brązowej koperty, a na podłodze, pod krzesłem, leżał zwinięty w kulkę paragon z Biedronki — ktoś go rzucił i nie trafił do kosza. Paragon z datą sprzed czterech dni. Ewa podniosła go bezwiednie i odłożyła na stolik, żeby nie deptać.
Grażyna zaczęła mówić. Najpierw urywanymi zdaniami, potem całymi akapitami. Ewa słuchała, poprawiała wenflon, udawała, że sprawdza pompę infuzyjną, a w środku układała to wszystko w całość.
Cztery lata temu Grażyna sprzedała dom po matce pod Międzyrzeczem. Trzysta dwadzieścia tysięcy złotych. Całość oddała córce i zięciowi, żeby spłacili kredyt na mieszkanie. Chcieli się przeprowadzić z wynajmowanej kawalerki do czegoś swojego; na świat miało przyjść dziecko.
— Nie chciałam za to wdzięczności. Chciałam, żeby mieli lżej — powiedziała Grażyna i pierwszy raz tego wieczoru popatrzyła Ewie prosto w twarz. — A oni dwa lata później przestali odbierać telefony.
Dziecko urodziło się martwe. Zięć zamknął się w pracy, córka w milczeniu. Dla Grażyny, która dojeżdżała co weekend, nagle zabrakło miejsca przy stole.
— Kiedyś przyjechałam bez zapowiedzi. Córka otworzyła drzwi w szlafroku i zapytała, czemu ja zawsze muszę wszystko zepsuć.
Ewa poprawiła kroplówkę. Nie zapytała, co Grażyna próbowała zepsuć. To nie było w jej obowiązkach.
Wczoraj rano, jak twierdziła pacjentka, zięć przyszedł do jej wynajmowanej kawalerki przy ulicy Chrobrego i położył na stole dokumenty. Wniosek o ustanowienie rozdzielności majątkowej, umowę darowizny do unieważnienia, jakieś pismo z banku. Powiedział, że oni się rozstają, że mieszkanie jest już tylko córki, a Grażyna ma podpisać oświadczenie, że nie rości sobie praw do żadnej złotówki, którą dała. Grażyna zamknęła się w łazience na godzinę. Potem otworzyła apteczkę.
— Jakbym im te pieniądze pożyczyła z odsetkami — wyszeptała, obracając w palcach róg poduszki. — A ja przecież nie chcę ich z powrotem. Ja chcę, żeby moja córka do mnie zadzwoniła.
Ewa podeszła do okna i przymknęła je, bo z dworca kolejowego niósł się chłód. Na zewnątrz jechała karetka na sygnale, niebieskie światło przesunęło się po suficie sali i zniknęło za rogiem.
O siódmej rano zmieniła ją pielęgniarka z dziennej zmiany. Ewa przebrała się, chwyciła torbę i już miała wychodzić ze szpitala, gdy przy wejściu zobaczyła młodą kobietę z karteczką w ręku — tę samą, którą zięć zostawił przy recepcji.
— Siostra jest na czwórce. Pani do Grażyny Lis? — zapytała Ewa, nie zatrzymując się.
Kobieta nie odpowiedziała. Popatrzyła na drzwi oddziału, na windę, jeszcze raz na karteczkę w dłoni. Wybrała numer, przyłożyła telefon do ucha i stała tak, nieruchomo, dopóki Ewa nie zniknęła jej z pola widzenia.
Ewa wróciła po trzech dniach, w niedzielę, na nocną zmianę. Grażyna siedziała na łóżku, plecy oparte o poduszki, i łyżeczką jadła jabłko ze słoiczka. Wyglądała, jakby ubyło z niej dziesięć kilogramów — nie z ciała, tylko z twarzy, z rąk, z napięcia w ramionach.
— Podpiszę ten papier — powiedziała bez powitania. — Zrzeknę się. Niech sobie to mieszkanie wezmą.
Ewa powiesiła kurtkę w dyżurce, wróciła na salę ze słoiczkiem musu jabłkowego, który otworzyła przy łóżku.
— I co dalej? — zapytała, chociaż wiedziała, że to nie jej sprawa.
— Nic. Wracam do Gorzowa. Albo nie wracam. Nie wiem.
Następnej nocy Grażyna poprosiła o telefon. Wykręciła numer z pamięci i przez chwilę trzymała aparat przy uchu, zanim powiedziała:
— Przyjedź po mnie w środę. Podpiszę wszystko, czego chcecie.
Ewa słyszała w słuchawce zdenerwowany kobiecy głos i brzęk zmywanych naczyń. Córka zapytała, czy mama zabierze z mieszkania swoje rzeczy.
— Nie mam żadnych rzeczy — odpowiedziała Grażyna i oddała Ewie telefon, jakby parzył ją w dłoń.
Tej samej nocy, kiedy Paulina zmieniała opatrunek, Grażyna zapytała ją mimochodem, czy w tym szpitalu pracuje jakiś notariusz na dyżurze, albo czy ktoś zna dobrego w mieście. Paulina nie wiedziała. Zapisała tylko nazwisko koleżanki z rejestracji, której mąż był prawnikiem. Grażyna schowała karteczkę do książeczki oszczędnościowej, którą trzymała pod poduszką, i nic więcej nie powiedziała.
W środę rano na korytarzu oddziału stanął zięć z teczką pod pachą. Elegancki, świeżo ogolony, w marynarce zupełnie nie na miejscu wśród wózków i kroplówek. Grażyna poprosiła, żeby Ewa została przy niej. W sali pachniało szarym mydłem i parzącą kawą z automatu, którą Paulina przyniosła z dyżurki.
Zięć rozłożył dokumenty na stoliku przy oknie. Oświadczenie o rezygnacji z roszczeń, pełnomocnictwo, zgoda na wymeldowanie.
— Niech pani czyta — powiedział. — Ja poczekam.
Grażyna wzięła do ręki pierwszą kartkę i przejechała palcem po linii tekstu, od lewej do prawej, jakby sprawdzała klasówkę. Ewa zauważyła, że kobieta nie ma już tego ciężaru w twarzy. Trzymała papier jak pracę domową, którą oceniała przez trzydzieści lat zawodu.
— A na koniec — dodał zięć i położył na wierzchu kartkę z logo jednego z gorzowskich banków — kwituje pani, że darowizna trzystu dwudziestu tysięcy stanowiła wkład w majątek wspólny córki. Bez prawa zwrotu, bez odsetek, bez żadnych dalszych roszczeń. To panią też chroni, bo wtedy nikt nigdy nie będzie mógł powiedzieć, że coś się pani jeszcze należy. A pani chyba chce mieć to już za sobą.
Grażyna uniosła brwi, ale nic nie powiedziała. Czytała dalej, wolniej niż wcześniej.
Ewa podeszła do stolika i nalała jej wody do szklanki. Twarz zięcia była zupełnie spokojna, tylko palce lewej ręki bębniły po brzegu zielonej teczki.
— Gdzie mam podpisać? — zapytała Grażyna.
Zięć wskazał długopisem trzy miejsca. Grażyna podpisała każde z nich, powoli, bez pośpiechu, zostawiając przy ostatnim małą kleksę.
Potem poprosiła Ewę o torebkę. Wyciągnęła z niej kopertę z polisą ubezpieczeniową, którą jeszcze w niedzielę pokazywała Paulinie, i schowała ją głębiej, na samo dno, pod portfel.
— A to? — zapytał zięć, kiedy zauważył kopertę. — Skoro już wszystko porządkujemy, może i to trzeba załatwić.
— To akurat zostaje przy mnie — odpowiedziała Grażyna, zapinając torebkę. — Jedyna rzecz, która została mi po matce. Nie ma pan na to żadnych papierów, więc nie ma pan o czym mówić.
Zięć otworzył usta, jakby chciał zapytać jeszcze raz, ale spojrzał na zegarek, potem na resztę podpisanych dokumentów leżących na stoliku, i najwyraźniej uznał, że nie warto się kłócić o kopertę, kiedy w teczce ma już to, po co przyjechał.
— Powiedziałam, że wracam do Gorzowa — dodała Grażyna, wsuwając torebkę pod pachę. — Ale nie do waszego mieszkania. Wyjeżdżam do siostry do Krakowa.
Zięć zamarł z teczką w pół ruchu, jakby dopiero teraz zrozumiał, że przez ostatnie pół godziny to nie on prowadził tę rozmowę.
— Ja podpisałam wasze papiery. Torebki nikt ode mnie nie żądał.
Wyszedł z sali, nie gasząc światła. W drzwiach minął się z córką Grażyny, która stała na korytarzu z telefonem przy uchu. Tym razem jednak nie odeszła. Weszła do środka, stanęła przy framudze, telefon wciąż przyciśnięty do ucha, jakby nie mogła się zdecydować, czy rozłączyć się i podejść do łóżka, czy zostać po tamtej stronie progu.
— Mamo — powiedziała w końcu, odsuwając telefon od twarzy. Nic więcej. Stała tak jeszcze chwilę, patrząc na słoiczek musu jabłkowego na stoliku, na matkę, która wyglądała inaczej niż trzy dni temu. Potem wyszła, nie podchodząc bliżej, ale w progu odwróciła się jeszcze raz i powiedziała cicho, że zadzwoni w weekend. Grażyna nie odpowiedziała, tylko patrzyła na drzwi długo po tym, jak się zamknęły.
Odłożyła torebkę na stolik i powiedziała, że chciałaby jednak spróbować tego musu jabłkowego.
Ewa odkręciła słoiczek. Podała jej łyżeczkę.
— I co pani teraz zrobi? — zapytała.
Grażyna oblizała łyżeczkę i, nie podnosząc głowy, powiedziała, że pojedzie do siostry, że nie wie jeszcze, co zrobi z kopertą, ale że nikomu więcej nie odda niczego, czego sama nie zechce oddać. Powiedziała to bez łez, rzeczowo, jakby ustalała plan lekcji.
Ewa zapisała jej numer do znajomej z rejestracji, żony prawnika, na kawałku papieru — tym samym rodzaju papieru, na którym zięć zostawił kiedyś karteczkę z numerem do córki. Położyła kartkę przy łóżku i zgasiła lampkę nad pustym łóżkiem obok.
Grażyna zasnęła. Ale inaczej. Nie zwinięta jak dziecko, tylko wyprostowana, z dłońmi ułożonymi wzdłuż ciała i pustym słoiczkiem musu jabłkowego na stoliku.
Ewa zamknęła drzwi sali i wróciła do dyżurki. Na blacie wciąż leżał paragon z Biedronki, który wcześniej odłożyła ze stolika, żeby nie zawadzał. Wygładziła go dłonią, spojrzała na datę — dzień, w którym Grażyna zamknęła się w łazience — i wsunęła go pod klawiaturę.
Nie wiedziała, co dokładnie stało się z kopertą ani czy siostra w Krakowie okazała się dobrym miejscem do zaczęcia od nowa. Nigdy nie pytała. Ale za każdym razem, gdy grafik rzucał ją na nocną zmianę, sprawdzała, czy pod klawiaturą nadal leży ten wygładzony biały papierek.



